Mateusz Napiórkowski, Beksiński nie umarł…

Ostatnia rodzina w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego to jedno z najważniejszych polskich wydarzeń filmowych minionego roku. Liczne nagrody na Festiwalu Filmowym w Gdyni mówią same za siebie. Kim byli Beksińscy i jak to jest z tym krytykowanym przez wielu „najlepszym filmem 2016 roku”?

Do niedawna mało kto znał szczegóły z życia Zdzisława Beksińskiego i jego rodziny. Dopiero ostatnie lata to dosłownie wysyp wszelkiego rodzaju publikacji na ich temat – od książki Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny przez opublikowane w zeszłym roku fragmenty dzienników Beksińskiego, aż po publikację Wiesława Weissa Tomek Beksiński. Portret prawdziwy. O Beksińskich się pisze, o Beksińskich się mówi – nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Jedno o twórczości sanockiego artysty można powiedzieć z pewnością – nie pozostawia nikogo obojętnym. Dzieła surrealistyczne, z motywami turpistycznymi, onirycznymi, bardzo mocno oddziałują na emocje. Beksiński najbardziej znany jest ze swojego malarstwa, a przecież był również doskonałym fotografem i rzeźbiarzem (nie wspominając o jego epizodzie w sanockich zakładach Autosanu – po więcej informacji odsyłam do lektury Grzebałkowskiej). Życiem Zdzisława Beksińskiego można by zapewne obdzielić parę życiorysów (a dziełami kilkadziesiąt), choć sam artysta zwykł mawiać, że wiedzie życie proste i monotonne. Jego zdanie możemy poniekąd zweryfikować oglądając film Jana Matuszyńskiego pod niezwykle trafnym tytułem Ostatnia rodzina.

Produkcja na podstawie scenariusza Roberta Bolesty jest rzeczywiście filmem o rodzinie. Mamy tutaj doskonałą rolę Aleksandry Koniecznej, która wcieliła się w postać Zofii Beksińskiej, żony artysty. Dużo czasu poświecono również Tomkowi Beksińskiemu, znanemu dziennikarzowi muzycznemu i tłumaczowi z języka angielskiego (w tej roli Dawid Ogrodnik). Twórczość Beksińskiego stanowi tło dla prezentowanych wydarzeń, więc rzadko wychodzi na plan pierwszy. Między innymi z tego powodu film spotkał się z krytyką części widowni, która zarzucała mu zbyt małe zagłębienie się w sztukę Beksińskiego − jakoby sztuka mówiła sama za siebie i wystarczyłoby zrobić pokaz slajdów, by wiedzieć i rozumieć wszystko. Mogę powiedzieć z całą pewnością – to by nie zadziałało. Przede wszystkim jest to film o (nie)zwykłym człowieku, jego relacjach z rodziną, niekoniecznie zaś o wielkim artyście. Dlatego film tchnie niezwykłym autentyzmem – nikt nie robi nas tu w przysłowiowe „jajo”, choć zapewne bliscy i przyjaciele rodziny mogę mieć na ten temat inne zdanie, ale o tym za chwilę. „Wrzućmy więcej obrazów, pokażmy więcej sztuki” – nie pomyśleli Bolesto i Matuszyński. Każdy, kto miał okazję zobaczyć dzieła Zdzisława Beksińskiego na własne oczy rozumie, dlaczego pokazywanie ich przez jakiekolwiek medium mija się z celem. Te obrazy po prostu „żyją” (czasem wprost odwrotnie proporcjonalnie do treści przez nie prezentowanych). Niezwykła szczegółowość, maestria w najdrobniejszych detalach i KOLORY. Tak, prawdziwe kolory – żaden nowoczesny telewizor tego nie pokaże. Wszystko to wpływa na aurę obrazów Beksińskiego, z którą spotyka się każdy gość Muzeum Historycznego w Sanoku. Myślę, że twórcy Ostatniej rodziny byli tego świadomi, nie chcieli na siłę upychać swojego dzieła obrazami, które każdy może zobaczyć, albo zna już na pamięć. Obrazami, które trzeba „doświadczyć” w bezpośrednim kontakcie (co polecam). Trzeba było pokazać coś nowego, coś ciekawego – kontekst, który pozwalał artyście na tworzenie takich, a nie innych obrazów. W tym miejscu dochodzimy do ostatniej przyczyny, dla której „przepakowanie” sztuką odbiłoby się autorom czkawką – film mógłby okazać się po prostu nudny. Zauważmy − film trwa około dwie godziny, a pochłania nas bez reszty od samego początku, aż do kulminacyjnego zakończenia. Wrażenie zakrzywienia czasoprzestrzeni zawdzięczamy niezwykłej kooperacji reżysera i scenarzysty. Szczególne brawa należą się Robertowi Bolesto, który stanął, z jednej strony, przed niezwykle prostym, ale z drugiej strony, bardzo trudnym zadaniem przełożenia życia tej osobliwej rodziny na papier. Ostatnia rodzina to opowieść oparta na bardzo bogatej dokumentacji rodzinnej tworzonej przez Zdzisława. Artysta nagrywał swoją rodzinę nie tylko na taśmach audio, ale również na wideorejestratorach, nie mówiąc już o dziennikach i bogatej korespondencji. Bolesto stanął w obliczu klęski urodzaju – jak wybrać coś wartościowego z tak bogatego materiału? Jak wybrać coś z grona licznych, pozornie bezwartościowych rozmów domowników, które stanowią przecież kwintesencję relacji rodzinnych? Scenarzysta doskonale wywiązał się ze swojego zadania – nawet najbardziej niepozorne rozmowy stanowią doskonałe uzupełnienie obrazu filmowego. Dlatego film, pomimo kameralnego charakteru, przypominającego nieco konwencję „gadanego” reality show, niezwykle wciąga. Cieszę się, że film poszedł w takim, a nie innym kierunku. Dzięki temu mamy okazję oglądać doskonały film o rodzinie, a nie przeciętny film o artyście.

Ostatnia rodzina to nie tylko scenariusz, ale i bardzo dobra gra aktorska. W Zdzisława Beksińskiego wcielił się Andrzej Seweryn, który otrzymał za tę rolę nagrodę indywidualną na zeszłorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni. Seweryn stworzył w filmie Matuszyńskiego niezwykle sugestywną rolę, działającą momentami bardziej gestem i mimiką niż samym tylko słowem. Głos to jeden z elementów kreacji aktorskiej, za które należą się Sewerynowi słowa uznania. Jak mówi sam aktor nie chodziło o wierną imitację głosu Beksińskiego. Z drugiej strony słuchając Seweryna można momentami odnieść wrażenie, że słyszymy samego malarza. Podobnie w przypadku Dawida Ogrodnika, którego głos jako żywo przypomina głos Tomka, prezentera radiowego. Ogrodnik przerysował swoją rolę, skupiając się na ekspresywności i nadpobudliwości młodego Beksińskiego. Bardziej teatralna niż filmowa rola dużej części publiczności może się nie podobać, jednak trzeba mu oddać jedno – wykreował bardzo sugestywną postać. Tomasz Beksiński, tłumacz Grupy Monty Pythona przez całe swoje życie borykał się z problemami i skłonnościami samobójczymi, z drugiej strony w świadomości ludzi pozostał (w co głęboko wierzę) polskim propagatorem muzyki new romantic, rocka alternatywnego. W filmie mamy do czynienia z obydwoma wymiarami tego niezwykłego człowieka. Nie możemy zapominać również o Zofii Beksińskiej, bez której cały obraz byłby zupełnie wypaczony. Dzięki Ostatniej rodzinie nie musimy wyobrażać sobie, jak wyglądało jej życie pomiędzy dwójką tak ponadprzeciętnych osobowości, jak jej mąż i syn. Beksińska nie miała łatwego życia, jednak to ona właśnie spajała całą rodzinę. Konieczna stworzyła tak ciepły obraz Beksińskiej, że nie sposób z nią nie sympatyzować (ta rola również została nagrodzona na gdyńskim festiwalu). Czasami zbyt pobłażliwa dla swoich chłopaków pokazała coś, czego brakuje dzisiaj wielu ludziom – odrobiny ciepła i miłości.

W poseansowych komentarzach wiele osób zarzucało twórcom filmu pokazanie Beksińskich ze zdecydowanie złej strony, jako rodziny dysfunkcyjnej, a nawet patologicznej (Tomek furiat, Zdzisław nieczuły). Czy rzeczywiście jest tak, że widzimy rodzinę patologiczną, a może pod tym wszystkim kryje się coś więcej? Kwestia ta wskazuje, jak niełatwy w odbiorze jest ten film. Wiele treści przemyconych jest pomiędzy wierszami, zaś nawiązywanie w wypowiedziach części widowni do patologicznej otoczki wskazywałoby, że patologię można by było odnaleźć w każdej rodzinie. W Ostatniej rodzinie jest bardzo dużo miłości – choć często pojawiają się problemy z jej okazywaniem to jest ona, tak jak sztuka Beksińskiego, stale obecna. I niełatwa. Zdaniem wielu osób, szczególnie tych które znały Beksińskich osobiście, film jest jednym wielkim przekłamaniem niemającym nic wspólnego z „prawdą”. Jako odbiorcy filmu fabularnego (podkreślam – fabularnego, a nie dokumentalnego) musimy być świadomi, że film jako dzieło artystyczne jest już swego rodzaju interpretacją ze strony czy to reżysera czy scenarzysty. W tym przypadku mamy oczywiście do czynienia z historią opartą na faktach, jednak nie możemy zapominać, że jest to tylko pewien punkt widzenia. Nie ma jednego słusznego – nawet gdybyśmy przed kamerą posadzili samego Beksińskiego, to film byłby na tyle prawdziwy, na ile chciałby tego sam artysta. A zapewne nie byłby wcale. Film nie zniechęca nas do rodziny Beksińskich, wprost przeciwnie – sympatyzujemy z nimi i przeżywamy wszystko razem z nimi. Dzięki temu mamy pełniejszy obraz tego, z jakich powodów Beksiński tworzył tak niepokojące obrazy. Jak zauważył sam Robert Bolesto Ostatnia rodzina to tak naprawdę film o samospełniających się, mrocznych fantazjach. Bohaterowie często rozmawiają o śmierci − jako część życia jest ona bowiem stale obecna. Cytując wypowiedź Bolesty dla magazynu Kino: „Wielką fantazją Tomka było samobójstwo – i Tomek popełnił samobójstwo. Wielką fantazją Zdzisława było zostać zmaltretowanym, sponiewieranym, zamordowanym. To też się spełniło. Ale w tej historii nie ma przestrogi w rodzaju: uważaj na swoje mroczne fantazje, bo mogą się spełnić. Bohaterowie mieli świadomość swoich fantazji i w końcu osiągają spełnienie, ulgę: uwalniają się z więzów. Od strachu o drugą osobę, od ciała”. Całą tą mroczną fascynację możemy zaobserwować w twórczości Beksińskiego.

Jak cień na obrazach artysty podsumowanie jest nieuniknione. Ostatnia rodzina to film wyjątkowy – świetnie zagrany, doskonały pod względem technicznym i niezwykle wciągający. A co można powiedzieć o samym Zdzisławie Beksińskim? Parafrazując wypowiedź bohatera serialu Westworld granego przez Anthony’ego Hopkinsa można powiedzieć, że Zdzisław Beksiński nie umarł, a stał się po prostu swoimi dziełami (non omnis moriar). Poniższy fragment autorstwa Wiesława Banacha, dyrektora Muzeum Historycznego w Sanoku pochodzi z prologu do albumu Zdzisław Beksiński 1929-2005. W swojej wymowie może wydać się nieco inny niż film Jana P. Matuszyńskiego. Ale czy na pewno?

„Jest sierpniowy wieczór 1973 roku w Sanoku. Drogą wzdłuż potoku Płowieckiego idziemy do apteki przy ówczesnej ulicy Świerczewskiego, a zaraz za nią skręcamy w prawo i wąskim chodnikiem dochodzimy do drzwi starego drewnianego domu. Otwiera nam sympatyczny, czterdziestoparoletni mężczyzna, który serdecznością i rozmownością natychmiast likwiduje wszelką sztywność. Już w mrocznym korytarzu odczuwamy niezwykłą atmosferę. Witają nas rzeźby – ciemne głowy-czaszki o pustych oczodołach i podziurawionych czerepach. W dużym pokoju gościnnym, a zarazem pracowni czuć intensywny zapach farb, terpentyny, werniksów. Ciepło temu domowi nadaje gospodyni – pani Zosia Beksińska, już częstująca nas herbatą. W międzyczasie przewija się przez pracownię szczupły miły chłopak o długich włosach – to Tomek, syn artysty. Zagląda także do nas starsza pani – matka Zdzisława. Rozmowa przeskakuje od spraw rodzinnych, poprzez różne aktualności, na sztukę. Obrazy przykuwają moją uwagę. Są inne od tego, co do tej pory w sztuce współczesnej oglądałem. Przyciągają, fascynują rozmachem wizji, solidnością wykonania, precyzją rysunku i – odpychają małą „malarskością”, której jednak poszukuję […]. Niezwykła atmosfera domu, żywa rozmowa, serdeczność, a także tajemniczość jego sztuki przyciągać mnie będzie tutaj przez następne lata”.

***

Joanna Bielska-Krawczyk

Twarze Ojców Pustyni

Zadziwiające jak mocno postaci Ojców Pustyni, żyjących ponad tysiąc pięćset lat temu, przemawiają do współczesnych chrześcijan. Jak silnie pobudza wyobraźnię dokonany przez nich wybór (życia w odosobnieniu); jak bliski wydaje się rodzaj stworzonej i praktykowanej przez nich modlitwy (monologicznej, Jezusowej)[1] i jak bardzo myśl tych – często niepiśmiennych[2] – mędrców[3] odpowiada w naszych czasach ludziom wykształconym[4].  Ojcowie Pustyni wydają się nam po prostu przekonujący.

W tych surowych starcach Jan Kasjan dostrzegł niegdyś „wszelką doskonałość”[5] i, przekazując ich doświadczenia Europie Zachodniej, położył w ten sposób podwaliny pod rozwój monastycyzmu w tej części świata. A to miało swoje istotne konsekwencje kulturowe dla całej Europy[6]. Ruch pustelniczy IV i V wieku naszej ery miał ogromny zasięg. I chociaż mnisi egipscy – nawet ci najwięksi jak Antoni czy Pachomiusz  – przeważnie nie byli kapłanami[7], a większość mieszkańców pustyni niekoniecznie też osiągała stan świętości[8], ich wpływ na dzieje Kościoła jest nie do przecenienia. Rolę odgrywają w tym przypadku i zachowane sentencje (apoftegmaty), i przykład życia oraz niezwykłe legendy (św. Antoni), i imponująca działalność organizacyjna (Pachomiusz), i wreszcie aktywność intelektualna (Ewagriusz, Hieronim).

           

 Rola Ojców Pustyni nie kończy się jednak w odległej przeszłości. Będący niegdyś kierownikami duchowymi[9], stają się i dzisiaj dla wielu patronami poszukiwań nie tylko wiary, ale i  głębi,  i sensu.

Paradoksalnie bowiem coraz mocniej w czasach sekularyzmu widoczne stają się tendencje do „monastycyzacji” życia świeckich. Wpływ monastycyzmu na praktyki religijne osób niekonsekrowanych wydaje się obecnie bez porównania większy niż był w przeszłości.

A tendencje te znalazły swoje odzwierciedlenie w działaniach Fundacji Pionowy Wymiar Kultury, która w roku 2016 zorganizowała na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika debatę (z udziałem m.in. o. Leona Knabita OSB oraz o. Wacława Oszajcy SJ) zatytułowaną Homo Monasticus – mnisi i zakony we współczesnym świecie. W lutym 2017 roku natomiast PWK była współorganizatorem spotkania z o. Maksymilianem Nawarą OSB, poświęconego sekretom tzw. medytacji chrześcijańskiej[10], opartej na modlitwie monologicznej, której tradycja sięga właśnie czasów Ojców Pustyni. Samym Ojcom Pustyni i dotyczącym ich apoftegmatom[11] poświęcony został też artykuł zamieszczony na stronie Fundacji[12].  

Zwieńczeniem tych działań jest zorganizowana w toruńskim Domu Muz wystawa prac Tomasza Jastrzębskiego (brata Mikołaja z klasztoru benedyktynów  w Tyńcu) zatytułowana Twarze Ojców Pustyni. Prezentowana po raz pierwszy w 2015 roku w najstarszym polskim benedyktyńskim klasztorze pod Krakowem, następnie w 2016 na Słowacji, gości obecnie w Toruniu.

 

Jedną z inspiracji powstania tych obrazów stała się książka Małgorzaty Borkowskiej OSB zatytułowana właśnie Twarze Ojców Pustyni. Wystawę można potraktować też jako plastyczny wyraz poszukiwań i fascynacji współczesnego homo religiosus, którego autor tych prac określił jako „świadomego i poszukującego”[13].

                                         

Za sprawą Złotej Legendy Jakuba de Voragine, który pisał m.in. o Antonim Pustelniku, Pawle Pustelniku, św. Makarym, Marii Egipcjance i św. Hieronimie (a dzieło jego stanowiło źródło ikonografii chrześcijańskiej) Ojcowie Pustyni są bohaterami malarstwa europejskiego już od czasów średniowiecznych. Święty Antoni Wielki i św. Hieronim, których wizerunki znaleźć możemy  w ikonach, pojawiają się także w arcydziełach malarstwa zachodnioeuropejskiego u tak znanych autorów jak chociażby: Hieronim Bosch, Albrecht Dűrer, Leonardo da Vinci, Michelangelo Caravaggio czy Salvador Dali.   

                                     

Malowali ich także polscy artyści tacy jak Wędrychowski czy Witkacy – ten pierwszy zresztą ukazując Antoniego siedzącego na ziemi w sposób zgodny z obyczajowością Pustyni Egipskiej[14].

 

                                       

    Wyobraźnię twórców pobudzały w ciągu wieków najmocniej kuszenia św. Antoniego[15], dające pretekst do ukazywania rozmaitych potworów, straszydeł i dziwadeł, ale zmuszające też do pytań o  faktyczny charakter pokus (Bosch, Dali, Witkacy, Wędrychowski). Drugim co do stopnia popularności wątkiem były praktyki ascetyczne i działalność intelektualna św. Hieronima – tłumacza tekstów biblijnych.

Zastosowane przez malarzy ujęcia kazały widzieć w Ojcach Pustyni pokutujących ascetów (Leonardo, Wędrychowski) lub bohaterów dramatycznych zmagań z demonami (Bosch, Witkacy). Wpisywały niekiedy też pustelników w model figura melancholica (Bosch), czyniły z nich symbol vita contemplativa   (Dűrer), niekiedy wykorzystywały do stworzenia całości o charakterze nieomal wanitatywnym (Caravaggio). Wreszcie przedstawiały ich jako intelektualistów, pisarzy (Dűrer, Caravaggio). Widzimy ich w tych obrazach na tle pejzażu lub biblioteki, najczęściej w towarzystwie kobiet, demonów, zwierząt (np. Hieronima z lwem) .

Uwaga koncentruje się na nich samych – na ich osobach oderwanych od jakiegokolwiek kontekstu – właściwie tylko i wyłącznie w malarstwie ikonowym.

I to właśnie do tej tradycji przedstawieniowej nawiązuje Tomasz Jastrzębski, tworząc swoje wizerunki Ojców Pustyni. Korzysta w nich z języka ikonowego – tworząc kompozycje wertykalne, centralne, ukazując postać na neutralnym tle, hieratycznie, przeważnie en face, z wyeksponowaniem spojrzenia, głową ujętą w aureolę i z tzw. nadpisem określającym tożsamość prezentowanej postaci.

O ile ikona jednak jest przedstawieniem osoby w jej wieczystym niejako wymiarze i kondycji, wizerunkiem ukazującym stan przemiany wewnętrznej (zwany transitus), o tyle obrazy brata Mikołaja starają się pokazać nie tylko osobę, ale i osobowość słynnych eremitów – twarz żywego człowieka, pustelnika jako kogoś posiadającego wiek, karnację, konkretny kolor oczu i cechy antropologiczne, które osadzają go w pewnym etnosie, strefie klimatycznej i sugerują też kulturę, z której się wywodził. Artysty nie interesuje w tym względzie tradycja przedstawieniowa ani malarstwa zachodnioeuropejskiego (z jego atrybutami)[16], ani wschodniego (z opisanymi w Hermenei[17] cechami wyglądu). Interesuje go raczej prawdo-podobieństwo antropologiczne wyglądu Ojców Pustyni.  Wizerunki te faktycznie są twarzami, a nie obliczami i to twarzami malowanymi w konwencji realizmu fotograficznego.

 W konsekwencji Ojcowie Pustyni wydają się być ludźmi współcześnie żyjącymi, niemal sfotografowanymi przez reportera zwiedzającego Bliski Wschód. Efektem ubocznym tego zabiegu jest skłonienie nas do myślenia o Ojcach Pustyni jako o bardzo ludzkich świętych (nie tak posągowych jak przedstawiają ich obrazy w ikonostasach). Idealizm ikony zastąpiony zostaje tutaj bowiem realizmem portretu. Wyłania się zatem zza tych przedstawień – leżące u podłoża ich powstania – pytanie o to, jakimi byli ludźmi owi „szaleńcy Boży”? Jak mogli faktycznie wyglądać? Jak patrzyli na świat?

Ważną jakością tych obrazów jest też kolor. Spektrum barw z jednej strony jest wąskie (każdy obraz pozostaje niemal monochromatyczny), z drugiej zaś szerokie (wystawa gromadzi obrazy od monochromów achromatycznych po obrazy z akcentami lub dominantami barw spektralnych w typie nieomal pop-artowskim. Silnie oddziałują one estetycznie, niekiedy przyczyniają się do powstawania przeżyć estetyczno-duchowych (np. kolor oczu Arseniusza). W tym przypadku barwa działa nieomal magicznie. Jest jak zaklęcie zatrzymujące oglądającego, skłaniające go do zastygnięcia w zaciekawieniu, zamyśleniu i ciszy.     

Twarze bohaterów tych płócien emanują czymś niezwykłym i magnetyzującym. Spojrzenia są wymowne i przykuwające uwagę. A jednocześnie w pomarszczonych czołach widać ślady codziennych wewnętrznych zmagań i duchowych trudów, ale też ewangeliczną radość i życzliwość;  pogrążenie w medytacyjnej modlitwie, skupienie lub odpływanie w błękit jakiejś fosforyzującej apofatycznej niedookreśloności.   

                                                                 dr Joanna Bielska-Krawczyk    

 

Obrazy eksponowane na wystawie:

Antoni Wielki, własność prywatna (Dariusz Borowicz); Pachomiusz, Kasjan, Ewagriusz z Pontu,  Efrem, Makary, własność – Opactwo Benedyktynów w Tyńcu; Arseniusz, własność prywatna (Grzegorz Kloska); Mojżesz Etiopczyk, własność prywatna (Marcin Płocha); grafiki z motywem dłoni w geście ikonowym oraz z motywami abstrakcyjnymi (kosmicznymi) – w posiadaniu autora

Bohaterowie przedstawień:

Antoni Wielki – III/IV wiek n.e.; syn właścicieli ziemskich; uznawany za twórcę ruchu eremickiego na Pustyni Egipskiej; znany z wyjątkowo dokuczliwych pokuszeń, wielokrotnie przedstawianych w malarstwie.

Pachomiusz – III/IV w. n.e.; żołnierz rzymski, eremita, twórca pierwszych wspólnot mnisich, czyli życia cenobitycznego i pierwszych klasztorów.

Ewagriusz z Pontu – IV w.; zwolennik Orygenesa; twórca podstaw doktryny ascetycznej; dokładnie opisał naturę pokuszeń (tzw. logismoi)

Jan Kasjan – IV/V w.; pośrednik pomiędzy życiem eremitów Pustyni Egipskiej (które opisał), a monastycyzmem zachodnioeuropejskim. Założyciel klasztoru w Marsylii; autor Rozmów z Ojcami.

Arseniusz Wielki – IV/V w.  wysoki urzędnik dworu cesarskiego, który porzucił życie pełne splendoru i zamieszkał w Sketis jako pustelnik, skrajnie stroniący od ludzi.

Mojżesz Etiopczyk –  IV/V w. przykład eremity nawróconego; urodzony jako niewolnik, połowę życia przeżył jako przestępca;  drugą połowę spędził na pustyni; ginie z rąk bandytów, odpokutowując w ten sposób za swoje czyny.

Makary Egipski – IV w; człowiek prosty i ubogi; zostaje eremitą po śmierci swojej żony; Założyciel życia eremickiego w Sketis.

Efrem Syryjczyk–  IV w.; syn pogańskiego kapłana, nawrócony na chrześcijaństwo; diakon, poeta i pustelnik; doktor Kościoła, Ojciec Pustyni; zwalczał herezje (m.in., uznane w pewnym momencie za takową, poglądy Orygenesa). Napisał kantyki Carmina Nisibena.

                                                                                     *

[1] Guillaumont A., U źródeł monastycyzmu chrześcijańskiego, przeł. s. Scholastyka Wirpszanka OSB, Kraków 2006.

[2] E. Wipszycka, Egipt – ojczyzna mnichów, [w:] Gerontikon, Kraków 2007.

[3] J. W. Koralewski, Mądrość pustyni. Życie pustelnicze od monastycyzmu przedchrześcijańskiego do VI wieku, Poznań 2010.

[4] T. Merton OCSO, Życie w milczeniu, przeł. benedyktyni tynieccy, Kraków 2015.

[5] Jan Kasjan, Rozmowy z Ojcami, przeł. ks. A. Nocoń, Kraków 2002.

[6] Leclercq J., OSB, U źródeł duchowości Zachodu, Sz. Sztuka OSB, Kraków 2009.

[7] Chitty D. J., A pustynia stała się miastem…, przeł. T. Lubowiecka, Kraków 2008.

[8] Mnisi nie tylko ci Święci…, z prof. Ewą Wipszycką o pierwszych mnichach na pustyni egipskiej rozmawia Szymon Hiżycki OSB, Kraków 2007.

[9] Sz. Hiżycki, Kierownictwo duchowe według Ojców Pustyni, Kraków 2012.  

[10] D. Hybel, o. M. Nawara, Słuchaj medytacja jest… Z ojcem Janem Berezą rozmowy postmortem, Lubiń 2016.

[11] Gerontikon. Apoftegmaty Ojców Pustyni, t. 1, Kraków 2007.

[12] Bielska-Krawczyk J., Posłuszni starcom, naśladujący anioły (rzecz o apoftegmatach Ojców Pustyni), http:/www.pwk.org.pl (Archiwum/teksty).

[13] zob.: wywiad z Tomaszem Jastrzębskim w przygotowywanej książce Między wiarą a niewiarą…

[14] E. Makowiecka, Cele – wyniki badań archeologicznych, [w:] Gerontikon, Kraków 2007.

[15] Dąb-Kalinowska B., Ziemia-Piekło-Raj. Jak czytać obrazy religijne, Warszawa 1994; Duquesne J., Lebrette F., Żywoty świętych w arcydziełach malarstwa, przeł. I. Badowska, Warszawa 2009.  

[16] Lanzi F. G., Jak rozpoznać świętych i patronów w sztuce i w wyobrażeniach ludowych, przeł. M. Dutkiewicz-Liwiniuk, Kielce 2004.

[17] Dionizjusz z Furny, Hermeneja czyli objaśnienie sztuki malarskiej, przeł. I. Kania, Kraków 2003.

 

***

Wojciech Jasiński

Ekspansja matematycznej koncepcji rzeczywistości

Twórcy serialu Black mirror dokonali diagnozy i prognozy wielu obecnych zjawisk powiązanych mocno z nowymi technologiami i cyfryzacją współczesnego świata. W jednym z odcinków pokazali społeczeństwo funkcjonujące na podstawie oceny poszczególnych jednostek, dokonywanej przez inne jednostki, za pomocą telefonów komórkowych, nieróżniących się zbytnio od tych współczesnych, oraz specjalnego oprogramowania. Ocenianie odbywało się dosłownie przy każdym spotkaniu (także przy okazji działań na portalu społecznościowym) i mogło wiązać się z dowolną aktywnością drugiej osoby w świecie realnym bądź wirtualnym. Cała „zabawa” polegała jednak na tym, że średnia ocen danej osoby miała realne przełożenie na jej sytuację życiową. Jednostki posiadające wyższą średnią miały dostęp do towarów, usług, rabatów, specjalnych ofert wszelkiego typu. Tym ocenianym niżej instytucjonalnie utrudniano życie w praktycznie każdej możliwej sferze. Narzędziem w rękach służb porządkowych był system znacznego obniżania średniej danej osoby zachowującej się niewłaściwie. To obraz bardzo ponurej i fasadowej rzeczywistości, w której wszyscy walczą tylko o jak najlepsze postrzeganie przez innych. Oczywiście to tylko serial science fiction

Niedługo po premierze serialu na portalu futurism.com Dom Galeon opublikował artykuł, w którym pisze o planach chińskiego rządu na wprowadzenie bardzo podobnego systemu. Każdy obywatel miałby zbierać specjalne punkty, które miałyby wpływ na jego życie w kwestiach finansowych, socjalnych, politycznych i prawnych oraz dawałyby mu większe lub mniejsze uprawnienia do korzystania z niektórych usług[1]. Trzeba oczywiście przyznać, że system jeszcze nie funkcjonuje, ale już sama sytuacja jego rozpatrywania jest godna uwagi i niepokojąca.

„’Wszystko, co niemierzalne jest nam obce’”[2] parafrazuje Terencjusza Zbigniew Mańkowski. Każdy z nas zetknął się w swoim życiu z systemem oceniania. Oczywistym przykładem będzie tu ocenianie we wszelkich instytucjach edukacyjnych. Neil Postman wspomina w Technopolu o Williamie Farishu, który w 1792 r. zapoczątkował ocenianie studentów, co było jego zdaniem krokiem „ku skonstruowaniu matematycznej koncepcji rzeczywistości”[3], związanej bezpośrednio z samym technopolem, czyli społeczeństwem, dla którego najważniejszymi wartościami stała się technologia oraz jej postęp, które właściwie rządzą ludźmi w sposób totalitarny lub przez rządzących są wykorzystywane[4].

„Jeśli liczbę można powiązać z jakością myśli, to można ją także powiązać z jakością litości, miłości, nienawiści, piękna, twórczości, inteligencji, nawet zdrowia. Kiedy Galileusz powiedział, że przyroda mówi językiem matematyki, nie miał na myśli ludzkich uczuć, osiągnięć ani wiedzy”[5].

Obecnie oceniamy na tak wielu płaszczyznach, że stało się to symptomatyczne dla naszej cywilizacji. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w pewnym sensie oceniamy także siebie nawzajem. Co prawda Facebook nie umożliwił jeszcze bezpośredniego oceniania użytkowników (przewidując prawdopodobnie złe konsekwencje), ale popularność danej osoby da się zmierzyć na podstawie liczby znajomych czy „polajkowanych” zdjęć, co automatycznie przekłada się na jej lepsze samopoczucie, w związku z pobudzeniem odpowiednich ośrodków w mózgu[6]. Korzyści materialne osiągają za to firmy i instytucje, posiadające swoje profile i w tym przypadku sytuacja z ocenianiem wygląda zupełnie inaczej, gdyż każdy użytkownik serwisu może ocenić owy podmiot bezpośrednio, przyznając mu liczbę gwiazdek. Tutaj pojawiają się problemy, dlatego, że ocena zależy od średniej liczby gwiazdek. „(…) technopol szuka źródła autorytetu i znajduje je w idei statystycznej obiektywności”[7] – napisał Postman. Wiadomo nie od dziś, że obiektywność kreowana przez statystyki tak naprawdę nie istnieje. Boleśnie mogły się o tym przekonać „Tygodnik Powszechny” i CCK Jordanki.

Na profilu tygodnika, w zeszłym roku, pojawiło się oświadczenie, w którym przeczytać można było m. in.:

„ Szanowni Państwo, jesteśmy ofiarą akcji wymierzonej w wiarygodność pisma. W ostatnich 3-4 godzinach dziesiątki albo i setki osób wystawiają nam najniższą ocenę w pozycji ‚Recenzje’ na stronie profilowej. Podejrzewamy, że żadna z tych osób nie robi tego na podstawie lektury pisma, a jest to wynikiem podjęcia przez nas tematu nacjonalizmu w Polsce. Dlatego prosimy wszystkich o wystawienie nam w recenzjach na Facebooku rzetelnych ocen – prosimy, byście Państwo ‚polubili’ ten post i go udostępnili, żeby mógł trafić do jak największej liczby osób obserwujących nasz profil. Dzięki tym działaniom pomożecie nam zachować obiektywny obraz pisma w Recenzjach”[8].

Przyznać trzeba, że to bardzo zdecydowany krok, który świadczy o tym, że ocena na Facebooku przekłada się na szereg wartości, które instytucja może zyskać lub stracić, zaczynając od prestiżu, a kończąc prawdopodobnie także na korzyściach finansowych, które z resztą są z nim związane.

Ze zjawiskiem zaniżania średniej przez określoną grupę spotkało się także CKK Jordanki. Na Facebook’u pojawiło się w pewnym momencie wiele wpisów osób zawiedzionych odwołaniem koncertu młodzieżowej gwiazdy – Dawida Kwiatkowskiego. Grupa równie młodych osób, jak sam wykonawca, sfrustrowana zaistniałą sytuacją dała upust emocjom na profilu instytucji. Na nic zdały się tłumaczenia, że to wina organizatora, którym CKK Jordanki nie było. Statystyki obiektu wyglądają przez to następująco: 313 osób 5 gwiazdek, 17 osób 4 gwiazdki, 12 osób 3 gwiazdki, 5 osób 2 gwiazdki, 107 osób 1 gwiazdka. Co idzie za takimi wynikami? Średnia wynosząca 3,9[9]. Statystyka przez swoją „obiektywność” staje się dość mało obiektywna, szczególnie dlatego, że składają się na nią, w tym przypadku, oceny niepowodowane żadnym racjonalnym powodem.

Powróćmy jednak do oceniania w systemie edukacji.

„Jak wie każdy nauczyciel, stopień zmienia całe doświadczenie i znaczenie uczenia się. (…) Stawianie stopni dostarcza ‚obiektywnej’ miary dokonań człowieka, a zarazem prowadzi do niezachwianego złudzenia, że można dokładnie obliczyć czyjąś wartość”[10].

Takie myślenie jest bardzo niebezpieczne. Potwierdza to zdecydowanie Zbigniew Mańkowski. Według niego ilościowe pomiary w dziedzinie tak ważnej i delikatnej jak edukacja nie spełniają swojej funkcji – co oczywiste, ilość nie znaczy jakość. „(…) konkretny liczbowy wynik (…) zamyka (…) dyskusyjne wątpliwości. A przecież o to chodzi w naszych czasach, gdzie niemal wszystko jest dyskusyjne”[11]. Poza tym, według niego, przede wszystkim w dziedzinach humanistycznych, podporządkowanie systemu edukacji liczbom zmniejsza kreatywność i innowacyjność myślenia. Mańkowski przywołuje druzgocący przykład, w którym uznani humaniści poddają się maturalnemu egzaminowi z języka polskiego i tak pisarz Antoni Libera dostał marną tróję z plusem, a filozof Marcin Król dwóję… Kto ich oceniał? Nauczycielka języka polskiego z pomocą odpowiedniego klucza, w który egzaminowani się nie wpisali. Czy w takim razie warto w ten sposób poddawać uczniów homogenizacji myślenia? Mańkowski pyta nawet, czy taka edukacja „jest (…) jeszcze humanistyczna”[12]? Już w 1970 roku Alvin Toffler pisał o zmianach, które powinien przejść system edukacji, przygotowując społeczeństwo także na panowanie technopolu. Miałyby to być ćwiczenia polegające „na trenowaniu twórczego myślenia i pomysłowości”[13] (do podobnych wniosków dochodzi Mańkowski). Co ciekawe Toffler pisze o tym, uwzględniając kontekst komputeryzacji, która miałaby w tym pomóc. Tymczasem Postman powołując się na Roberta Buleya pisze, że komputeryzacja jest raczej przeciwnikiem kreatywnego myślenia i twórczych zdolności[14]. Z jednej strony systemy informatyczne mogą działać zupełnie tak, jak egzaminacyjne klucze odpowiedzi, będąc sztywnymi i niepodatnymi na innowacyjność szablonami. Z drugiej strony wiemy dziś, że powstają coraz bardziej inteligentne urządzenia, które mogą z kolei powodować swego rodzaju marazm ludzkiej kreatywności.

Za pewną wypadkową systemów informatycznych i oceniania można uznać dzienniki elektroniczne, które wprowadziły pewne zmiany w procederze stawiania ocen i tego, jak realnie wpływają one na uczniów i ich rodziców. Dziś opiekunowie mogą dowiedzieć się natychmiast, choćby za pomocą SMS, o tym, że ich podopieczni otrzymali zły stopień. Bez jakiegokolwiek komentarza dziecka czy nauczyciela, jest ona tylko zwykłą cyfrą, która nie komunikuje żadnego kontekstu, a zarazem jednoznacznie ocenia ucznia.

Pewnym rozwiązaniem takiego stanu rzeczy jest tzw. ocena opisowa, którą stosuje się do III klasy szkoły podstawowej. Nauczyciel korzysta z odpowiedniego szablonu, który pozwala podejść do ucznia w sposób zindywidualizowany, opisać jego umiejętności nabyte podczas procesu edukacji i takie, nad którymi musi popracować (wszystko zgodnie z podstawą programową ustaloną przez MEN). Co ciekawe do takiej oceny dołącza się także tzw. punkty, które, jak się okazuje, bardziej przemawiają do uczniów i rodziców, potrafią lepiej zmotywować do pracy. Opis bywa często bagatelizowany i pomijany. Ocena liczbowa tak mocno zakorzeniła się w naszych umysłach, że dopiero z czasem jesteśmy w stanie dostrzec jej zalety. Narzędziem jeszcze bardziej indywidualizującym jest ocenianie kształtujące, które

„polega na pozyskiwaniu przez nauczyciela i ucznia w trakcie nauczania informacji, które pozwolą rozpoznać, jak przebiega proces uczenia się, aby: nauczyciel modyfikował dalsze nauczanie, a uczeń otrzymywał informację zwrotną pomagającą mu się uczyć”[15].

Ta alternatywa jest stosunkowo nową propozycją, wymagającą od nauczycieli dodatkowej pracy, ale być może pozwoli wyłamać się spod jarzma cyfr i nauczy uczniów, a także ich rodziców, innego patrzenia na postępy edukacyjne i rozwój.

Chciałoby się powiedzieć, że oceniamy wszystko i wszystkich, ale to jeszcze nie koniec. Matematyk Stephan Wolfram „dowodzi, że całą złożoność świata można wywieść z prostych reguł. Rzeczywistość można odtworzyć, przedstawić w postaci instrukcji obsługi, czyli algorytmu”[16]. Co prawda „teoria Wolframa (…) nie zawiera wzorów matematycznych”[17], ale jeśli traktować algorytm jako „przepis postępowania”[18], to dojść możemy do niepokojących wniosków, gdyż ów przepis może prowadzić do rozwoju bezdusznego i odhumanizowanego technopolu. Już dziś stosuje się algorytmy w przetwarzaniu wszelkiego rodzaju danych, zaczynają być wykorzystywane także w zarządzaniu. Brian W. Aldiss snuje w powieści Superpaństwo wizję „algebraicznego kodowania społeczeństwa”[19].

„(…) wymagał, aby każda biorąca w nim udział rodzina posyłała dzieci do państwowych szkół, zaprzestała palenia tytoniu (…). Nie mogła też pić więcej niż kilka łyków alkoholu tygodniowo i musiała regularnie się kąpać. W zamian montowano jej w domu łazienkę i wypłacano minimalne wsparcie (…)”[20].

Owo „kodowanie” zostało nawet w świecie przyszłości wpisane do konstytucji przez Unię Europejską, a jego skutkiem miało być zacieranie różnic pomiędzy bogatymi i biednymi[21], mało tego, człowiek miałby za pomocą podobnej metody ujarzmić przyrodę[22].

Biorąc pod uwagę postępującą komputeryzację, biurokratyzację (którą Postman wymienia jako część technopolu[23]), która w tej chwili z komputeryzacją zaczyna mocno się łączyć, a także przyporządkowywanie ludziom i instytucjom ocen, które niebezpiecznie homogenizują cechy i umiejętności, to żyjemy w niepokojących czasach, które wytworzyć mogą procedury wyjęte prosto z science fiction. Wszechogarniającą dyktaturę liczb podkreśla jeszcze bardziej wprowadzanie na rynek takich gadżetów, jak najnowszy zegarek firmy Garmin, który oprócz godziny policzy nam i pokaże nasze „punkty cierpienia” (Suffer Score). Chodzi tu o kombinację danych dotyczących naszej wydolności organizmu i rozpoznawanie momentów krytycznych podczas ćwiczeń, kiedy to nasz organizm zaczyna nas uporczywie „namawiać” do zaprzestania wysiłku[24]. Miejmy tylko nadzieję, że ekspansja matematycznej koncepcji rzeczywistości nie stanie się przyczyną naszego cierpienia, które później, przez coś lub kogoś, zostanie dokładnie zmierzone.

[1] D. Galeon, China’s New “Social Credit Score” Brings Dystopian Science Fiction to Life, https://futurism.com/chinas-new-social-credit-score-brings-dystopian-science-fiction-to-life/, [dostęp: 16.01.2017].

[2] Z. Mańkowski, Precz z dyktaturą liczb, , http://ppg.ibngr.pl/pomorski-przeglad-gospodarczy/precz-z-dyktatura-liczb, [dostęp: 16.01.2017].

[3] N. Postman, Technopol, przeł. A. Tanalska-Dulęba, Warszawa 1995, s. 22.

[4] Tamże, s. 62.

[5] Tamże, s. 22.

[6] E. Ritvo, Facebook and Your Brain, https://www.psychologytoday.com/blog/vitality/201205/facebook-and-your-brain, [dostęp: 16.01.2017].

[7] N. Postman, dz. cyt., s. 157.

[8] „Tygodnik Powszechny”, https://www.facebook.com/TygodnikPowszechny/posts/10155083454229112 [dostęp: 16.01.2017].

[9] Centrum Kulturalno-Konngresowe Jordanki, https://www.facebook.com/ckk.jordanki/reviews/, [dostęp: 16.01.2017].

[10] N. Postman, dz. cyt., s. 167.

[11] Z. Mańkowski, dz. cyt.

[12] Tamże.

[13] A. Toffler, Szok przyszłości, przeł. E. Ryszka i W. Osiatyński, Warszawa 1974, s. 446.

[14] N. Postman, dz. cyt., s. 145.

[15] Centrum Edukacji Obywatelskiej, http://www.ceo.org.pl/pl/ok, [dostęp: 16.01.2017].

[16] E. Bendyk, Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci, Warszawa 2004, s. 185.

[17] Tamże.

[18] Algorytm, [hasło w:] Słownik wyrazów obcych i trudnych, A. Markowski i R. Pawelec, Warszawa 2003.

[19] B. W. Aldiss, Superpaństwo. Powieść o Europie przyszłości, przeł. R. Kot, Kraków 2012, s. 51.

[20] Tamże.

[21] Tamże, s. 81.

[22] Tamże, s. 154.

[23] N. Postman, dz. cyt., s. 101.

[24] C. Aboy, It Can Feel Your Pain. Garmin’s New Watch Knows Your “Suffer Score”, https://futurism.com/can-feel-pain-garmins-new-running-watch-knows-suffer-score/, [dostęp: 16. 01. 2017].

***

MĄDROŚĆ  OJCÓW  PUSTYNI – rozważania związane z przygotowaniami do toruńskiej wystawy „Twarze Ojców Pustyni”.

Joanna Bielska-Krawczyk

POSŁUSZNI  STARCOM, NAŚLADUJĄCY  ANIOŁY (rzecz o apoftegmatach Ojców Pustyni)

     (z uwzględnieniem przykładów z drugiego tomu apoftegmatów – Tyniec 1995)

 

Wielu z nas z zainteresowaniem czyta opowiastki jezuity – ojca Anthony de Mello, traktując je jako podstawę do refleksji nad życiem. Ze względu na swoją zwięzłą formę i łączenie uduchowienia z krytycznym myśleniem oraz poczuciem humoru przemawiają one do człowieka współczesnego. Tak się zaś składa, że ich „współczesność” idzie jednocześnie w parze z tradycyjnością. Do złudzenia bowiem przypominają one najstarszą literaturę mądrościową chrześcijaństwa, jaką są apoftegmaty Ojców Pustyni. Ze względu na to, że Fundacja PWK szykuje się właśnie do przygotowania na III Tydzień Refleksji nad Kulturą Duchową wystawy zatytułowanej: „Twarze Ojców Pustyni” kilka słów o apoftegmatach – wytworze kulturowym związanym z życiem eremitów, anachoretów (pierwszych mnichów chrześcijańskich) IV i V wieku naszej ery.

Formy literackie apoftegmatów

a. językowo-literacki kształt wypowiedzi

Apoftegmaty są krótkimi formami literackimi[1], których nazwa wywodzi się z

języka greckiego i zastosowana została już w tekstach autorów antyku grecko-rzymskiego m.in. przez Plutarcha. Wykorzystał ją także anonimowy autor (lub autorzy) do spisania i skompilowania mądrości Ojców Pustyni. Owa chęć przekazania doświadczeń eremitów, którzy spędzili w odosobnieniu i na modlitwie wiele lat, wysuwa się na plan pierwszy apoftegmatów, nadając im charakter literatury mądrościowo-dydaktyczno-moralistycznej. Nie stanowią one bowiem opowieści o życiu na pustyni, lecz raczej o sposobie myślenia i wartościowania właściwym owej „subkulturze”[2].

W przypadku analizowanych tutaj tekstów mamy do czynienia z formami prozatorskimi, które mogą być sentencjami niemal jednozdaniowymi, jak apoftegmat 27(1124) lub anegdotami[3], czy rozbudowanymi opowieściami (niekiedy po prostu przypowieściami). Zawierają one często formy dialogowe –  zarówno w postaci mowy zależnej (np.: „Abba Ewagriusz powiedział, iż niektórzy ojcowie mówili, że surowy i uporządkowany tryb życia […] doprowadzi mnicha…[4]) jak i mowy niezależnej (z zacytowanymi  i wziętymi w cudzysłów wypowiedziami ojców). Niekiedy też są to dość długie narracje nawet kilku stronicowe jak w przypadku apoftegmatu 16/36(1715).

Jean-Claude Guy, wyróżniając 5 typów apoftegmatów, zauważa, że „typ doskonały”[5] stanowią apoftegmaty z przytoczonym pytaniem i odpowiedzią. Jak pisze Starowieyski: „klasyczna forma apoftegmatu to: ‘zapytał… odpowiedział’”[6]. Oznaczałoby to, iż właśnie  dialog, niejako odsłaniając sytuację egzystencjalną stanowiącą źródło i powód formułowania owych wypowiedzi, uznawany jest za najbardziej pożądaną i najpełniejszą formę apoftegmatu. Co pozwoliłoby widzieć w tych tekstach element tradycji chrześcijańskiej dobrze uzgadniający się z takimi nurtami współczesnej myśli jak filozofia dialogu czy filozofia spotkania. W każdym razie „mądrości pustyni” dużo zawdzięczały realnemu spotkaniu dwojga ludzi: starca i jego ucznia.

Fakt, że w apoftegmatach spotykamy się cały czas z ową relacją dialogiczną przypomina też, że wbrew pozorom, a raczej wbrew potocznym wyobrażeniom samotności i całkowitego odizolowania eremitów, żyli oni jednak do pewnego stopnia razem[7], stanowiąc dla siebie wsparcie duchowe.  Pojawiający się w apoftegmatach pomysł na modlitwę nieustającą, który zakładał podzielenie się z ubogimi zarobkiem po to, by oni modlili się wtedy, gdy mnich śpi, także oznaczał pozostawanie w jakiegoś rodzaju sytuacji spotkania z drugim człowiekiem. W każdym razie fakty te wskazują wyraźnie na to, że przestrzeń międzyludzka stawała się przestrzenią wykuwania wartości monastycznych.

Dialogi i monologowe wypowiedzi oraz zapisane historie są zaś w tekstach tych przytoczone przez osobę trzecią (na co wskazuje chociażby częstotliwość posługiwania się mową zależną i niezależną), dowodząc tym samym, że zapis ten jest nie tylko późniejszy od momentu formułowania owych myśli, ale i zapośredniczony.  Wyraźnie widać też, że moment utrwalenia na piśmie poprzedzony musiał być długim czasem funkcjonowania tych tekstów w tradycji ustnej. Niektóre dane np. uległy zatarciu w pamięci (jak chociażby imiona bohaterów, którzy przecież jednocześnie przedstawiani nam są jako autorytety). Dowodzą tego także formuły wskazujące wprost na przekaz ustny jako źródło informacji (np. „mówiono…”, „powiadano…”, „pewien brat…”, „pewni starcy…”, „opowiadał ktoś..”).

Jednocześnie w tekście odnaleźć możemy strategie służące przekonaniu słuchaczy (i czytelników) o wartości wypowiedzianych przez starców słów. Kilkakrotnie powtarza się np. sytuacja, w której dana mądrość przekazana miała być rzekomo na łożu śmierci. Staje się ona wówczas czymś w rodzaju testamentu ideowego, moralnego. W tym przypadku niezwykły moment przekazu dodaje mu powagi i w obliczu ostateczności staje się jakby gwarantem istotności komunikatu. W bardzo wielu przypadkach można też stwierdzić, że treść wygłaszanych sentencji koresponduje z tekstami biblijnymi. Czasami wręcz mędrcy wprost odwołują się do Księgi. W analizowanych fragmentach znajdziemy chociażby odwołania do Abrahama, Eliasza, Noego, Hioba czy Daniela. Wykorzystywane są też cytaty z Biblii – np. z Mateusza: „Błogosławieni pokój czyniący” – zob.: 16(1134). Pojawiają się również formuły modlitewne, włącznie z modlitewnymi inwokacjami: „Panie” (np. „Panie, wskaż mi drogę zbawienia”[8]). W tym ostatnim przypadku porady dotyczące sposobu życia nabierają dodatkowego znaczenia poprzez osadzenie całej proponowanej „metody” życia w kontekście sacrum. Droga nabiera wówczas nobilitującego wertykalnego charakteru. Ewidentnie bowiem, słuchając starców, z którymi obcowali tu na ziemi, mnisi jednocześnie próbowali… naśladować anioły. Czytamy przecież: „Życie mnicha niech będzie naśladowaniem aniołów”[9].

Monologi i dialogi znakomicie nadają się do przekazania pewnych sentencjonalnych mądrości – niejako „ekstraktu” z doświadczeń pustelnika i jego obserwacji siebie, natury ludzkiej, życia duszy. Historie zaś poświadczają przykładem postępowania owych świętych mężów wartość ich słów. Owe „historyjki” zawierają też świadectwa pewnej metody postępowania z uczniami, ukazując swoiste „środki pedagogiczne”[10], które stosowane były przez starców, aby nauki uczynić bardziej przekonującymi. W analizowanych tu fragmentach apoftegmatów takim środkiem pedagogicznym uczącym o wartości życia wyciszonego jest chociażby „eksperyment” z obserwowaniem wody w kubku – apoftegmat 16(1134). Formą lekcji dotyczącej nieustannej gotowości mnicha do udzielania rad jest zaś przykład z odpalaniem od siebie lamp – apoftegmat 16(333). Na podstawie apoftegmatów możemy zatem rekonstruować nie tylko światopogląd mnichów pustyni, ale i ich swoistą pedagogikę.

b.Figury retoryczno-stylistyczne

 

Apoftegmaty dla przekazania pewnych treści natury religijno-moralnej posługują

się określonymi środkami retoryczno-stylistycznymi. Podstawową kwestią jest tu chociażby schemat wypowiedzi, a w nim rodzaj i następstwo zdań. Dostrzec można tutaj bowiem pewną prawidłowość: korelację zdań twierdzących następujących po zdaniach pytających. Mamy tutaj bowiem stawiane pytania i udzielane na nie odpowiedzi („Spytał ktoś…” –  „Starzec odpowiadając…”; „Pewien brat zapytał…” – „Starzec odrzekł mu…” [11]). Oprócz form dialogicznych jednak stosowane są także inne figury perswazyjne, retoryczne jak chociażby porównania. Dla przykładu, próbując przekonać czytelników, że mnich przebywający poza celą skazany jest na duchowe niepowodzenia autor porównuje go do ryby wyjętej z wody. Innym razem człowiek unikający ludzi przyrównany zostaje do dojrzałego grona. W jeszcze innym miejscu mnich jako taki porównany zostaje do żołnierza lub myśliwego (co ma swoje korzenie biblijne[12] i wydaje się zresztą bardzo logiczne, skoro na jego losie ślad zostawia nieustanna walka z własnym złem, wadami i pokusami oraz „polowanie” na swoje przywary). Pojawiają się także metafory wody i kamienia. W jeszcze innym apoftegmacie serca świętych przyrównane zostają do rośliny wypuszczającej listki i zieleniejącej.  Znaleźć można tutaj także, zaczerpnięte z Biblii, porównania do węży czy gołębi, żeby wspomnieć tylko o kilku.

Autor posługuje się także opowieściami o charakterze przypowieści np. 5(63), czy 2(71). Używa również metafor (np. pokusa zostaje określona jako „pocisk nieprzyjaciela”[13]) a sytuacja moralna opisana poprzez odwołanie do sformułowań obrazowych takich jak: „zepchnąć w odmęty”[14]. Pojawia się też przyrównanie człowieka do okrętu, a życia do morza.  Jedną z ważniejszych, bo mających swoją kontynuację w dużo późniejszej literaturze mistycznej (u św. Teresy z Avila) jest metafora wnętrza ludzkiego jako domu – [apoftegmat 35(997) oraz 56(1275)].  Niejednokrotnie też posłużenie się metaforą prowadzi do powstawania czegoś w rodzaju zagadek (np.: „Twój klucz otwiera twoje drzwi”[15]) domagającej się dodatkowych wyjaśnień, co wskazuje na pewnego rodzaju ezoteryczność wygłaszanych myśli. Stosowanie figur retorycznych wzmaga perswazyjność tych tekstów, które poprzez obrazowość przypowieści, metafor i porównań stają się bardziej sugestywne.

Należy też zwrócić uwagę na czytelność tradycji, która ukształtowała przekaz apoftegmatów. W pierwszej kolejności jest to oczywiście tradycja judeo-chrześcijańska. Na każdym kroku wskazać można bowiem chociażby analogie z tekstami biblijnymi. Widać tutaj jednak także inne wpływy. Oprócz gatunku literackiego, jakim są apoftegmaty, a który zapożyczony został od Greków i Rzymian; oprócz pewnych myśli (jak chociażby ta dotycząca poznawania samego siebie), pojawia się tu także echo czy analogia do greckich mitów – np. w opowieści o Szunemitce i Elizeuszu, w której kobieta ma symbolizować duszę, Elizeusz zaś Ducha Świętego. Wyraźnie pomysł ten jest zbliżony do niezwykle płodnego kulturowo w późniejszych czasach mitu o Amorze i Psyche. Jednym słowem apoftegmaty dowodzą tego, że ich autorzy pozostawali także wyraźnie w kręgu oddziaływań kultury helleńskiej.

Na kształcie apoftegmatów i zawartych w nich myśli zaważyła zatem nie tylko tradycja judaistyczna (z biblijną na czele), ale także wpływy kultury greckiej. Mądrości w nich zawarte odezwą się zaś echem w późniejszych regułach zakonnych. Apoftegmaty pośredniczą więc między starszymi tradycjami jeszcze przed-monastycznymi a monastycyzmem sensu stricte.

Świat pustyni

Bohaterowie – ich imiona i sposoby określania ich statusu

Bohaterowie tych tekstów określani są najczęściej słowem „abba” (ojciec) lub „starzec”, nieco rzadziej „święty” i zupełnie sporadycznie pojawia się określenie amma (matka), co jednak jest dość istotnym źródłem ważnej dla nas informacji, iż już w tych najdawniejszych czasach istniały także pustelnice i potrafiły osiągać taki poziom duchowy, że stawały się autorytetami.

Niekiedy stosowana jest w odniesieniu do danej postaci tylko jedna z wyżej wspominanych  nazw. Innym razem jednak kilka wymiennie, wskazując na to, że traktowane były niemal synonimicznie. Przykładem może być apoftegmat 2(6), w którym czytamy, że ktoś „spytał abba Antoniego”[16], ale postać odpowiadającego mistrza nazwana zostaje już słowem „starzec” – „Starzec mu odpowiedział”[17]. Tak też ujmuje tę kwestię Vincent Deprez, zauważając: „’Starzec’ był zatem abba”[18].

Wśród bohaterów apoftegmatów pojawia się cały szereg anachoretów[19],  takich jak: abba Antoni, Pambo, Ewagriusz, Grzegorz, Makary, Teodor, Jan Karzeł, Józef z Teb, Kasjan, Sisoes, Chomaj, Arseniusz, abba Mojżesz, abba Nil, abba Paweł, Agaton, Ammoes, Alonios, Basarion, Daniel, Teodor z Enaton, abba Teonas, abba Jan, Izydor, Ammun, Sylwan, Hyperechios, Orsizjos, Dulas, abba Izajasz, Tithoes, Józef z Panefo, święty Efrem, abba Zenon, a także niemal anonimowych, występujących pod pseudonimem jak abba Pasterz czy zupełnie anonimowych, określanych wyłącznie słowem „starzec”[20].  Niezwykle rzadko, ale – jak już wspomniałam – pojawiają się jednak też kobiety: np. anonimowa amma oraz święta Synkletyka.

Są to główni bohaterowie występujący w tych tekstach w roli wyroczni, mędrców, świętych mężów. Każdy z nich był, jak zauważa Deprez, „abba, ojcem duchownym, w którym mieszkał Duch, oraz kimś zdolnym wypowiedzieć jakieś słowo napełnione duchem”[21]. Oprócz nich pojawiają się jednak także  uczniowie (np. „Abraham, uczeń abba Sisoesa…”[22]) zadający pytania („brat zapytał starca”[23]) i pouczani przez starców („przestrzegaj tego, co ci polecam”[24]).  Niekiedy mądrość przekazywana jest przez jednego mędrca drugiemu (np. przez abba Antoniego rozmawiającego z abba Pambo[25]).  Innym razem jeden z ojców opowiada o drugim (np. Kasjan o abba Janie[26]).

Najczęściej pojawia się wyłącznie imię anachorety bez szczególnego uzasadniania przyczyny dla której miałby być on autorytetem. Padają jednak niekiedy także informacje ukazujące go jako pewien wzór osobowy (np. czytamy o abba Janie „który był pierwszym we wspólnocie i człowiekiem wielkim w życiu”[27])

 

Miejsca życia pustelniczego

Miejscem, w którym przebywają autorzy przytaczanych w apoftegmatach mądrości,

jest przede wszystkim i po prostu pustynia („prowadź mnie na pustynię”[28]). Opisy tego miejsca są jednak w apoftegmatach wyjątkowo skromne. Czytamy np.: „Odkąd przybyłem na pustynię, zbudowałem sobie celę i zamieszkałem w niej aż do tej pory”[29]. Pojawiają się sugestie zachęcające do nieopuszczania swojej celi, ale jej wyglądu nie poznajemy. Najwyraźniej nie jest on dla autora(ów) apoftegmatów ważny.

Jednocześnie wyraźnie widać, że mnisi się też przemieszczali – czytamy np.: „Abba Arseniusz przybył kiedyś na miejsce porośnięte trzciną, kołyszącą się na wietrze”[30]. Daje nam to także wgląd w jakiś fragment krajobrazu otaczającego mnichów. Podobnie jak apoftegmat 30(859), z którego wynika, że w otoczeniu mnichów rosły drzewa i znajdowały się ogrody, które należało pielęgnować, z czego Guillaumont wyciąga ciekawe wnioski[31]. W innym fragmencie pojawia się wzmianka o tym, że abba Antoni żył na górze – zob. 58(1277). Czasem uzyskujemy także nieco dokładniejsze informacje na temat lokalizacji geograficznej. Pojawiają się tutaj chociażby nazwy Egiptu, góry Synaj, Kanopos oraz Jordanu czy miejsca nagromadzenia eremów takie jak: Sketis lub Cele. Dowiadujemy się tutaj właśnie o koloniach eremitów w stylu Sketis, ale i o licznych miejscach całkowitego odosobnienia, żeby wspomnieć chociażby o apoftegmacie 6(59).

Sposób życia – realia i zalecenia

Zgodnie z tym, co zauważa Vincent Deprez, że „nauczanie duchowe Ojców Pustyni

jest tak różnorodne, jak ich temperamenty oraz potrzeby ich uczniów”[32], zostają zarysowane postawy niekiedy przeciwstawne – np. z jednej strony obrony swojej samotności (4.45n), z drugiej zaś pochwała gościnności, otwartości i bezgranicznej uczynności – 16(333). Apoftegmat 1(384) zaś wydaje się wskazywać złoty środek, nauczając aby przyjmować gości z radością, w samotności natomiast uskuteczniać pracę nad sobą, która toczy się często we łzach. Życie mnicha zatem pozostawało w pewnym dynamicznym napięciu pomiędzy, jak to określa Deprez, „pustynią wewnętrzną” a „rozmównicą”[33]. W każdym przypadku jednak na życie mnicha składać powinna się: modlitwa, post, rozmyślania. Oczywiście istotną częścią życia mnicha jest modlitwa podlegająca pewnej regularności i rytmowi. Autor wspomina o godzinie trzeciej, szóstej, dziewiątej i nieszporach – jako tych momentach w ciągu dnia, które winny być przeznaczone na modły. Tej tradycji pre-zakonnej przeciwstawiana jest jednak inna, która później rozpowszechniła się w chrześcijaństwie wschodnim pod postacią modlitwy serca czy nieustającej, zwanej też modlitwą pielgrzyma – właśnie tradycja modlenia się w sercu i nieustannego[34]. Pojawia się tutaj nawet zalążek słynnej modlitwy Jezusowej, której ślady archeologicznie zostały potwierdzone na ścianie jednej z cel mnichów koptyjskich[35]: „Panie zgodnie z Twoją wolą zmiłuj się nade mną”[36]

Niektóre zapisy wskazują wyraźnie na obecność w życiu ojców pustyni i ich praktykach modlitewnych form medytacyjnych. Autor apoftegmatów wspomina o abba Agatonie, że „trwał w bezruchu z otwartymi oczami”[37]. W innym miejscu abba Pasterz (Pojmen) przed wspólnymi modlitwami „siadał stale i przez godzinę kontrolował swe myśli”[38].  Pojawia się też modlitwa w pozycji oranta „z rękoma wyciągniętymi do góry”[39].

Wskazówki duchowe i mądrość życiowa

Apoftegmaty to przede wszystkim forma utrwalenia na piśmie zaleceń, które

pochodziły od świętych mężów zamieszkujących pustynię – od Ojców Pustyni. Ich mądrość i nauki przekazywane są głównie w formie nakazów („przestrzegaj…”) oraz zakazów („nie polegaj…”). Bywa jednak też tak, jak już wspominałam, że pojawia się indagacja przypominająca niemal metodę sokratejską, na mocy której to uczeń musi sam sobie odpowiedzieć na pewne pytanie – zob. 6(243).

Nauki kierowane są niekiedy do świeckich niemal naprzykrzających się świętym mężom. Przeważnie jednak służyć mają jako drogowskazy dla mniej doświadczonych mnichów. W niektórych wypowiedziach zaś pojawiają się definicje mnicha. Powiedziane zostaje np.: „Moim zdaniem ojcze, jeśli ktoś podejmie trudy i zmusza się do nich, ten właśnie jest mnichem”[40]. Pojawia się też spostrzeżenie, że „mnich powinien codziennie rano i wieczorem zastanawiać się nad samym sobą”[41]. Z czego wynika, że jest on osobą wysoce samoświadomą. Mnich to ten, który zna samego siebie. Słychać w tym jakby echo greckiego „Poznaj samego siebie”, ale też zapowiedź zjawiska znanego pod nazwą „rachunku sumienia”.  Warto jednak pamiętać, że definicji mnicha znaleźć można w apoftegmatach więcej i są one zróżnicowane, wskazując na ascezę, bądź walkę z pokusami, bądź modlitwę, lub etymologiczną jedność („Mnich ma być jakby jeden z Jednym”)[42] jako elementy definiujące mnicha.

Sposoby postępowania:

 

Najistotniejszą kwestią pojawiającą się w apoftegmatach są wskazówki odnoszące

się do życia duchowego. Wskazane zostają w nich i potrzebne do postępu duchowego cnoty (takie chociażby jak: pokora, cierpliwość, czujność), i możliwe na tej drodze osiągnięcia (takie jak: dar proroctwa, ekstazy, zdolność wymodlenia cudu i nie wymieniany explicite, ale implicite oczywisty dar dobrej rady).  Oprócz tych ogólnych diagnoz znaleźć możemy w apoftegmatach także bardzo konkretne zalecenia odnoszące się do trybu życia i niezbędnych praktyk, stanowiących rodzaj duchowego treningu.  Wśród rzeczy ważnych dla postępu w tym względzie znalazły się chociażby:

  1. pamięć o Bogu, 2. postępowanie zgodne z Pismem Świętym, 3. dość

enigmatyczny i nie do końca jasny wymóg przebywania wszędzie przez dłuższy czas 4. niepoleganie na swojej sprawiedliwości 5. nierozpamiętywanie przeszłości 6. bycie powściągliwym w mowie 7. zachowywanie czystości cielesnej 8. unikanie obżarstwa 9. zachowanie wiary 10. prowadzenie uporządkowanego trybu życia 11. miłowanie (oczywiście bliźniego swego) 12. „trwanie w trudnej walce”[43] (i chodzi tu o walkę z pokusami, „walkę o opanowanie serca”[44]) 13. nocne czuwania 14. próby: głodu, pragnienia, chłodu i nagości 15. przyjmowanie pokus z dziękczynieniem, bez złorzeczenia 16. modlenie się nieustanne. (zagadnieniu temu poświęcona jest cała Księga XII apoftegmatów)  17. znoszenie krzywd 18. unikanie ludzi (Do tego wątku zresztą autor apoftegmatów powraca wielokrotnie. Uzasadnieniem izolacji jest tu m.in. unikanie pokus oraz poznanie siebie, dla którego warunkiem koniecznym staje się samotność umożliwiająca dostrzeżenie własnych grzechów. Jest to też wątek bezpośrednio wiążący się z etymologicznie rozumianą ideą monastycyzmu (monos=jeden, sam)  19. stosowanie ćwiczeń duchowych oswajających ze śmiercią (np. spanie w grobie[45]. Przytoczone zostaje także przykazanie abba Ewagriusza analogiczne do popularnego w średniowieczu memento mori: „Pamiętaj zawsze o swej śmierci”[46]) 20. nie wynoszenie się nad innych 21. nie odpłacanie złem za zło 22. wprowadzanie pokoju 23. wyrzeczenie się tego, co doczesne 24. pracowanie własnymi rękami 25. życie w ubóstwie 26. prowadzenie surowego i uporządkowanego trybu życia 27. bycie posłusznym 28. zrezygnowanie ze swoich upodobań 29. bycie chętnym do dawania 30. nie osądzanie 31. unikanie ludzi, którzy rozbudzają pokusy (w szczególności zaś kobiet i chłopców oraz heretyków, co wskazuje na akcentowanie zarówno niebezpieczeństw związanych z cielesnością, jak i duchowością) 32. przystępowanie do sakramentów świętych 33. braterstwo stołu 34. umywanie braciom nóg (co jest tyleż echem tekstów nowotestamentowych i naśladowaniem Chrystusa, co prostym ćwiczeniem się w pokorze).

 

Owe prawdy i zalecenia pojawiają się w wypowiedziach różnych pustelników w sposób nieusystematyzowany[47], ale tworzą zręby systemu zasad, który powraca w późniejszej historii monastycyzmu. Takiej drodze, w której można dostrzec zalążki pewnego rodzaju reguły (zbliżonej do zakonnej) towarzyszy w apoftegmatach, nieco słabiej zaznaczona, ale jednak obecna, droga, którą można by określić jako ścieżkę wewnętrznej relacji z Bogiem, która sprawia, że najważniejsze jest strzeżenie własnego serca, a cała reszta zależy od natury człowieka, od jego „charyzmatów”. Czytamy: „Abraham był gościnny, a Bóg był z nim. Eliasz miłował odosobnienie, a Bóg był z nim”[48]. Dałoby się to sprowadzić do znanej idei Tomasza z Akwinu: „Łaska bazuje na naturze”. Stąd Vincent Deprez zauważa: „ponieważ powołanie monastyczne jest sprawą bardzo osobistą, istnieje tyle odmian monastycyzmu, ilu jest mnichów”[49]. W tym nurcie mądrości ojców pustyni należałoby umieścić także mądrość anonimowej ammy, która zauważa: „Lepiej bowiem żyjąc razem z innymi prowadzić życie pustelnicze, niż żyjąc samotnie wybiegać myślą w tłum”[50]. Ponownie zatem wskazana zostaje prawda życia wewnętrznego jako ważniejsza od zewnętrznych form zalecanych w wielu apoftegmatach. Słychać w tej wypowiedzi jakby echa idei ihidajów. Pojawia się też intuicja, że przywiązanie do pewnych warunków życia (także tych pustelniczych) może oznaczać niezrozumienie istoty rzeczy. Dlatego abba Daniel stwierdza: „Bóg jest zarówno poza celą, jak i wewnątrz niej”[51]. Słowa te padają w określonym kontekście, którym jest wędrowanie abba Daniela wraz z abba Amoesem. Wędrowanie, które musiało być na tyle uciążliwe, że abba Amoes wzdycha: „Czy […] i my kiedyś wreszcie zamieszkamy w celi?” Każe to jednak zwrócić uwagę także na inne kwestie – na echa idei ksenitei i rodzenie się zjawiska wiążącego się z wczesnym monastycyzmem, jakim było „ascetyczne pielgrzymowanie”[52].

Owe intuicje co do tego, że ścieżka duchowa bazuje na prawdzie wewnętrznej człowieka i jest w związku z tym zindywidualizowana tak naprawdę zresztą zgodne są z sugestiami biblijnymi. Można odnaleźć tego typu uwagę chociażby w liście do Koryntian (1 Kor 7, 7). I wbrew pozorom pewnego liberalizmu, nie kojarzącego się z surowością i u-regulowaniem życia mniszego późniejszych czasów, znajdą odzwierciedlenie w, tak ważnej dla rozwoju duchowości mnisiej, Regule św. Benedykta, w której czytamy: „Każdy otrzymuje własny dar od Boga, jeden taki, a drugi taki”[53].

Z tekstów oprócz porad wyłuskać można także cele, które są przyczyną obierania takiej ścieżki. Wynika z tych rozmów, że głównym zadaniem mnicha jest po prostu staranie się, trudzenie się po to, by „podobać się Bogu”[54], by być zbawionym, by wyzbyć się namiętności, by zaznać pokoju ducha. Oprócz moralistyki i… duchowej pragmatyki apoftegmaty zawierają pewne prawdy o świecie, czyli posiadają wartość źródła pewnego stanu świadomości i światopoglądu. Pojawiają się tu prawdy na temat relacji człowieka z Bogiem wyrażone niemal sentencjonalnie jak ta, która zauważa: „jeśli szukamy Boga, On się nam pozwoli znaleźć”[55].   Wśród najlepiej rozpatrzonych prawd jednak znajdują się te dotyczące bezpośrednio natury ludzkiej.  

Apoftegmaty zarysowują swoistą antropologię mieszkańca pustyni, który składa się z człowieka wewnętrznego i zewnętrznego. We wnętrzu trwa praca, która człowiekowi zewnętrznemu nie pozwala ulec pożądliwości. Jego los jednak jest wypełniony nieustannymi zmaganiami z własną słabością oraz walkami z szatanem. Naznaczony jest też niepewnością egzystencjalno-moralną. Abba Agaton przed samą śmiercią wyznaje: „Dopóki nie stanę przed Bogiem, nie będę pewny”[56].  Abba Pojmen zaś twierdzi, że człowiek „nie może być bezpieczny”[57]. Święta Synkletyka wyraża się podobnie: „Nie jesteśmy na tym świecie bezpieczni”[58]. W słowach tych usłyszeć można zapowiedź refleksji św. Augustyna: „Niespokojne serce moje póki nie spocznie w Panu”.

Pozwala to zrozumieć tym lepiej dążność anachoretów do tego, by stać się jak aniołowie. Skoro kondycja człowieka jest tak mizerna i naznaczona niepokojem uzasadniona jest tęsknota za tym, by zmienić ową kondycję – upodobnić się do tych, którzy oglądają twarz Boga, czyli obcują ze źródłem wszelkiego dobra i pokoju. Zawierzenie starcom miało zatem jeden podstawowy cel – upodobnienie się do aniołów i w ten sposób dotarcie w drodze przez pustynię życia do oazy Boga.

PRZYPISY:

[1] Zob.: T. Michałowska, Apoftegmat, [w:] Słownik literatury staropolskiej, pod red. T. Michałowskiej, Wrocław, 2002, s. 25.

[2] Warto zwrócić uwagę na fakt, że istniały rozbieżności pomiędzy zaleceniami, które znajdujemy w apoftegmatach, a faktycznym życiem ojców. Na ten temat zob. np.: Mnisi nie tylko ci święci… z prof. Ewą Wipszycką o pierwszych mnichach na pustyni egipskiej rozmawia Szymon Hiżycki OSB, Kraków 2007, s. 57 i 60.

[3] Tego określenia używa m.in. Deprez (zob.: O. V. Deprez OSB, Początki monastycyzmu. Dzieje monastycyzmu chrześcijańskiego do Soboru Efeskiego, przeł. J. Dembska, Kraków 2012, s. 364.

[4] Apoftegmaty Ojców Pustyni, Kraków-Tyniec 1995, t. 2, s. 75.

[5] Cyt. Za: V. Deprez, Początki monastycyzmu…, s. 364.

[6] M. Starowieyski, Apoftegmaty Ojców Pustyni – zagadnienia literackie, [w:] Apoftegmaty Ojców Pustyni, t. 1 (Gerontikon), Kraków-Tyniec 2004, s. 100.

[7] Zob.: Mnisi nie tylko ci święci… , s. 16.

[8] Apoftegmaty…, s. 81.

[9] Tamże, s. 221.

[10] O. V. Deprez, Początki monastycyzmu…, s. 384.

[11] Apoftegmaty, s. 75, 215.

[12] Św. Paweł przecież pisał: „Obleczcie pełną zbroję Bożą […] Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw […] pierwiastkom duchowym zła” (Ef 6,11-18).

[13] Apoftegmaty, s. 84.

[14] Tamże.

[15] Tamże, s. 218.

[16] Tamże, s. 75.

[17] Tamże.

[18] V. Deprez, Początki monastycyzmu…, s. 362.

[19] Wiele spośród tych postaci, to powszechnie uznani Ojcowie Pustyni – zob.: np. listę „najważniejszych postaci mniszego Egiptu” w książce Mnisi nie tylko…, s. 103 lub M. Borkowskiej, Twarze Ojców Pustyni, Kraków 2013.

[20] Czytamy np.: „Pewien brat zapytał starca…” Zob.: Apoftegmaty Ojców Pustyni, Kraków-Tyniec 1995, t. 2, s. 77.

[21] V. Deprez, Początki monastycyzmu…, s. 362.

[22] Apoftegmaty, s. 84.

[23] Tamże, s. 79.

[24] Tamże, s. 75.

[25] Tamże, s. 75.

[26] Tamże, s. 77.

[27] Tamże.

[28] Tamże, s. 85.

[29] Tamże, s. 78.

[30] Tamże, s. 82.

[31] Guillaumont zauważa, że „wraz z powstaniem klasztorów, na pustyni pojawiły się ogrody”. Dopatruje się w tym znaczenia o charakterze religijno-symbolicznym, dostrzegając w takim fakcie kontynuację „walki boga płodności, ziemi uprawnej z potęgami jałowości i chaosu” (zob.: A. Guillaumont, U źródeł monastycyzmu chrześcijańskiego, t. 1, Kraków 2006, s. 112.

[32] V. Deprez, Początki monastycyzmu…, s. 367.

[33] Tamże, s. 202.

[34] Zob. na temat kwestii modlitwy nieustającej w środowisku mnichów z pustyni: A. Guillaumont, Modlitwa nieustanna, [w:] tenże, U źródeł…, t. 2, s. 165-178.

[35] Zob.: A. Guillaumont, Koptyjska inskrypcja o Modlitwie Jezusowej, [w:] tenże, U źródeł…, t. 1, s. 231-251.

[36] Apoftegmaty, s. 231. Zauważa wzmianki o tej modlitwie w apoftegmatach także Ludwik Gillet w swojej rozprawie dotyczącej modlitwy Jezusowej – zob.: Mnich Kościoła Wschodniego, Modlitwa Jezusowa. Jej początek, rozwój i praktyka w tradycji bizantyńsko-słowiańskiej, przeł. Sz. Hiżycki, Kraków 2015, s. 25.

[37] Apoftegmaty, s. 212.

[38] Tamże, s. 217

[39] Tamże, s. 228.

[40] Tamże, s. 76.

[41] Tamże, s. 222.

[42] V. Deprez, Początki monastycyzmu…, s. 381.

[43] Apoftegmaty, s. 76.

[44] Tamże, s. 81.

[45] Co nie było poradą wyssaną z palca i nierealną. W taki sposób postąpił np. św. Antoni (zob.: D. J. Chitty, A pustynia stała się miastem… Wprowadzenie do dziejów monastycyzmu w Egipcie i Palestynie pod panowaniem chrześcijańskim, przeł. T. Lubowiecka, Tyniec 2008, s. 31). W świetle badań archeologicznych okazuje się, że wcale nie tak rzadko mnisi zamieszkiwali egipskie grobowce (zob.: Mnisi nie tylko…, s. 50).

[46] Apoftegmaty, s. 214.

[47] Zasady życia duchowego zostaną nieco lepiej uporządkowane dopiero w pismach Ewagriusza z Pontu (zob.: Ewagriusz z Pontu, O praktyce ascetycznej, [w:] Źródła monastyczne nr 18, Kraków-Tyniec 1998, s. 203-245.

[48] Apoftegmaty, s. 77-78.

[49] O. V. Deprez OSB, Początki monastycyzmu, t. 1, Tyniec 2012, s. 10.

[50] Apoftegmaty, s. 85.

[51] Tamże, s. 213.

[52] J. Leclercq OSB, U źródeł duchowości Zachodu. Etapy rozwoju i elementy stałe, przeł. Sz. Sztuka, Tyniec 2009, s.57.

[53] Reguła św. Benedykta, rozdz. 40

[54] Apoftegmaty, s. 75.

[55] Tamże, s. 212.

[56] Tamże, s. 212.

[57] Tamże, s. 218.

[58] Tamże, s. 220.

***

Wojciech Jasiński

Podejdź bliżej, by usłyszeć, zobaczyć, poczuć i zrozumieć

Kilka refleksji o  filmie Babel Alejandro González’a Iñárritu

Alejandro González Iñárritu buduje swój film z kilku historii wzajemnie połączonych i składających się w całość, a tytuł obrazu – Babel, idealnie oddaje jeden z głównych problemów dzieła czyli trudności w komunikacji. Biblijna wieża jest symbolem ludzkiej pychy i pomieszania języków. Iñárritu porusza problem porozumiewania się i zrozumienia na wielu płaszczyznach.

W pewnej marokańskiej wiosce ojciec rodziny kupuje od swojego znajomego strzelbę, która ma służyć do obrony stada kóz przed drapieżnikami. Niestety jego synowie postanawiają urozmaicić sobie codzienne pasterskie obowiązki wypróbowując broń, co doprowadza do postrzelenia amerykańskiej turystki Susan Jones, która wraz ze swoim mężem i grupą turystów przemierza Maroko. Małżeństwo przeżywa kryzys, spowodowany prawdopodobnie przez śmierć najmłodszego dziecka. Jones jest matką dwójki dzieci Debbie i Mike’a, które pozostały w USA pod opieką niani pochodzącej z Meksyku. Kobieta umówiła się z rodzicami dzieci na zastępstwo, gdyż chce wyjechać do ojczyzny na ślub syna. Zbieg okoliczności powoduje jednak, że kobieta jest zmuszona zapewnić dzieciom opiekę także w wyjątkowy dla potomka wieczór. Nie chcąc opuścić wesela decyduje się zabrać małoletnich ze sobą, a jednym z argumentów za jest to, że Jonesowie mieszkają blisko granicy i podróż nie będzie długa. Kilka zbiegów okoliczności sprawia jednak, że wyprawa powrotna kończy się na pustyni, a bohaterka będzie zmuszona ponieść jej dramatyczne konsekwencje. Ostatnia historia rozgrywa się w Japonii. To stamtąd pochodzi feralna strzelba. Dokładniej rzecz ujmując była własnością japońskiego myśliwego, którego przewodnikiem podczas łowów był Marokańczyk. Broń była prezentem, nagrodą za dobrą współpracę. Sprzedana znajomemu pasterzowi rozpoczyna serię dramatycznych wydarzeń.

Iñárritu wraz z autorem zdjęć, którym jest Rodrigo Prieto konsekwetnie koncentruje uwagę widzów na swoich bohaterach. Najczęściej oglądamy ich w zbliżeniach, widzimy emocje malujące się na twarzach. Widzimy ich tak już od pierwszej sekwencji, ale później ten zabieg zastosowany został także we wszystkich kolejnych. To nic dziwnego – główny motyw czyli brak komunikacji dotyczy właśnie postaci. Na jakich poziomach on zachodzi? Bardzo wielu. Pierwsza, najbardziej oczywista bariera to bariera języka. Amerykańscy turyści mają problem z porozumieniem się z autochtonami z Maroka. Głuchoniema bohaterka z Japonii ma problemy z porozumiewaniem się otoczeniem. Jest z niego wykluczana. Pojawiają się trudności w kontaktach dzieci z rodzicami, a także pomiędzy małżonkami. Wreszcie bohaterowie nie potrafią zrozumieć swoich zachowań uwarunkowanych kulturowo, co chyba najbardziej dobitnie obrazuje meksykańska scena beztroskiej pogoni za kurczakami, która jest preludium do krwawego i dość efektownego zakończenia życia jednego z nich, na co amerykańskie dzieci reagują totalnym zaskoczeniem i przerażeniem. W pewnym momencie niektóre sytuacje odwracają się i tak Richardowi Jonesowi, poszukującemu pomocy dla rannej żony łatwiej porozumieć się z marokańskim tłumaczem i innymi mieszkańcami Maroka, niż z turystami, z którymi do tej pory podróżowało małżeństwo.

Interesujące, że każdy z wątków różni się delikatnie od strony wizualnej, a mimo wszystko cały obraz jest bardzo spójny. W wątku marokańskiej rodziny dominują chłodne, sprane żółcienie i szarości. Tymczasem wątek meksykańskiej niani to barwy dość żywe, dużo czerwieni. Sekwencje małżeństwa Jonesów są pomieszaniem chłodnego Maroko i żywych kolorów, odwzorowaniem pojawienia się turystów w obcym kraju. Japonia jest błękitna i chłodna, miejscami pojawiają się żywsze barwy jak fiolet i róż. Oprócz kolorystyki poszczególne segmenty różniły się także parametrami taśmy filmowej: Maroko kręcono na taśmie 16mm, Meksyk 35mm, Japonię przy pomocy obiektywu anamorficznego. Poza wspomnianymi już bliskimi planami kamera często jest roztrzęsiona, zdarzenia filmuje się z ręki, co dodaje im realizmu i naturalności.

Istotnym elementem Babel jest montaż. Twórcy nie pokazują wydarzeń chronologicznie, nie do końca mamy też do czynienia z montażem równoległym, gdyż poszczególne wątki rozgrywają się w innych planach czasowych, ale każdy z nich sam w sobie jest uporządkowany. Główne wydarzenia rozgrywają się przez kilka, około 5 dni.

Postrzelenie Susan Jones, poszukiwanie sprawców, następnie wątek meksykańskiej niani i wątek Japoński, pod koniec którego, za pomocą sprytnego zabiegu pokazania telewizora, dowiadujemy się, że kobieta opuściła szpital. Narracja prowadzona jest w taki sposób, byśmy nie pogubili się w historii i z przyjemnością odsłaniali kolejne elementy ułożonej przez twórców mozaiki. Przejścia montażowe najczęściej akcentują podobieństwa lub różnice w poszczególnych historiach. W jednej scenie widzimy jak weterynarz zaszywa w ciemnym pomieszczeniu przewrażliwionej na punkcie higieny Amerykance, ranę, igłą zdezynfekowaną zapalniczką. Za chwilę w jasnym japońskim gabinecie dentystycznym asystentka przynosi lekarzowi wysterylizowane przyrządy. W innym przypadku widzimy bezradnego i zrozpaczonego Richarda Jonesa, który czeka na rezultat operacji żony i rozmawia z synem. Później bezradną i bezbronną, nagą głuchoniemą dziewczynę, która w desperacji poszukuje miłości i akceptacji.

Marokański weterynarz dezynfekuje igłę zapalniczką

Pielęgniarka przynosi sterylne narzędzia dentyście

Paraboli pomiędzy historiami jest wiele. Bohaterowie często pokazywani są w obliczu ogromu natury, ale także miasta. Wyobcowani w miejscu, w którym mieszkają, ale także w obcym środowisku. Przybiera to czasem obrót mniej spodziewany, kiedy to turyści stają się atrakcją dla miejscowej ludności. W dwu historiach ważną rolę odgrywa śmierć, która miała miejsce przed wydarzeniami pokazanymi w filmie, ale ma długofalowe skutki – dziecko Jonesów zmarło prawdopodobnie z powodu nagłej śmierci łóżeczkowej, a matka Chieko popełniła samobójstwo strzelając sobie w głowę. Dopełniając ludzką egzystencję ukazaną w obrazie, Iñárritu pokazuje żywiołowe meksykańskie wesele, na którym pan młody zostaje podrzucony niemal do nieba (chwyta się kabli doprowadzających prąd, ku zaskoczeniu podrzucających).

Dodatkowo w dwóch historiach pojawia się wyraźny motyw seksualności i potrzeb z tą sferą związanych. Zarówno w przypadku marokańskiego chłopca jak i japońskiej dziewczyny próby ich zaspokojenia nie są dobrze przyjmowane ze względu na łamanie społecznych barier.

Iñárritu pokazuje także jak do naszego życia wdzierają się funkcjonariusze stojący na straży prawa. W Maroko działają bezwzględnie – nie mając na uwadze tego, że nie są nawet pewni czy mają do czynienia ze sprawcami. W Japonii są konkretni, spokojni, nie używają żadnych środków przymusu bezpośredniego, a mimo to nieumyślnie przypominają bohaterom o przeżytych traumach, krzywdząc ich nie fizycznie, a psychicznie.

Reżyser wiele razy odwołuje się do wszelkich konotacji związanych z językiem. Wyśmiewa stereotypy w scenie, w której bohater zaprzecza, że w Meksyku mieszkają Meksykanie, bo małym amerykańskim dzieciom kojarzą się wyłącznie w sposób negatywny, oczywiście w domyśle wszystko zostaje im wyjaśnione, ale mimo wszystko sytuacja obnaża niedoskonałość treści kryjącej się za słowami. Pokazuje także jaka może być rola tłumacza pomiędzy różnojęzycznymi ludźmi, bo przecież wcale nie musi słyszeć i przekazywać tego samego. Iñárritu bawi się z widzami: pierwsze słowa padające w filmie nie są przetłumaczone i choć oczywiście możemy domyśleć się co znaczą, to przede wszystkim dzięki kontekstowi i gestom.

Można postawić tezę, że twórcy chcieli sprawić aby język jakim posługują się bohaterowie był bardziej filmowy, więc wizualny, a nie werbalny. Jedna z głównych bohaterek jest głuchoniema – porozumiewa się językiem migowym. Poza tym reżyser zdaje się stawiać tezę, że to gest, dotyk, ciało, przejmuje funkcję języka mówionego. Przykładów jest wiele: próba nawiązania kontaktu z mężem przez panią Jones, przez dotknięcie jego ręki; dramatyczne starania zwrócenia swojej uwagi przez młodą Japonkę Chieko poprzez nagość; podtrzymywanie wspólnoty podczas wspólnego posiłku przez marokańską rodzinę (jedzenie dłońmi z jednego naczynia); Marokanka w podeszłym wieku uśmierzająca ból i stres postrzelonej turystki przez podanie jej fajki.

Najbardziej zapadającą w pamięć jest scena, w której Rochard Jones pomaga wysiusiać się rannej żonie. Fizjologiczno cielesny wymiar łączy się tutaj bardzo mocno z tym emocjonalnym. Zbliżenie sprawia, że małżonkowie rozmawiają ze sobą, wybaczają sobie błędy i godzą.

Inny istotny fragment filmu to rozmowa telefoniczna Richarda Jonesa z synem Mike’em. Z perspektywy dziecka widzimy ją już w ekspozycji. W sytuacji wyczuwalne jest napięcie, wcześniej (kiedy rozmawia z opiekunką) słyszymy, że matka dzieci będzie operowana, że niania nie powinna ich tym denerwować. Następnie chłopiec opowiada ojcu o swoim dniu w szkole. Głos mężczyzny jest prawie niesłyszalny, choć chwila ciszy wprawia Mike’a w chwilowy niepokój. Jako widzowie liczymy na to, że rozmówca po drugiej stronie zostanie nam pokazany, wyczuwamy, że „coś jest na rzeczy”.

Mike rozmawia z ojcem

Tę samą rozmowę widzimy ponownie pod koniec filmu tym razem z perspektywy ojca. To jeden z najbardziej poruszających momentów w obrazie. Mężczyzna z trudem powstrzymuje wzruszenie. Jego żona w tym momencie jest operowana, a on rozmawia z synem oddalonym o tysiące kilometrów. Twórcy po raz kolejny wykorzystują grę słów i wręcz tragikommizują sytuację. Chłopiec opowiada ojcu o krabach przyniesionych na lekcję, oraz o tym, że jeden z nich go uszczypnął, ale obyło się bez rozlewu krwi. Dodatkowo stało się to także z jedną z koleżanek, która zaczęła płakać. Tymczasem po drugiej stronie ojciec z trudem powstrzymuje płacz, a motyw krwi od razu wywołuje skojarzenie z ranną żoną.

Mężczyzna rozmawia z synem

W niektórych sytuacjach pokazanych w Babel słowa nabierają szczególnego performatywnego wymiaru, a pomimo tego, że język, w jakim są wypowiadane jest znany ich adresatom, wydają się do nich nie docierać. Marokański chłopiec wielokrotnie przyznaje się przed zaskoczonymi jego wiekiem policjantami, do popełnionego czynu i prosi by oszczędzić brata. Meksykańska niania powtarza w kółko, że zostawiła na pustyni dzieci, które trzeba odnaleźć, a policjant, choć podejmuje odpowiednie czynności zdaje się nie zwracać na nią uwagi.

Bohaterowie filmu zdają się odnajdywać wspólną płaszczyznę komunikacji w muzyce. Amerykańskie dzieci potrafią bawić się na meksykańskim weselu. Jeszcze bardziej interesująca jest sytuacja Chieko, która trafia do muzycznego klubu. Twórcy kilkukrotnie i drastycznie komentują obraz ciszą, w której przecież pogrążona jest bohaterka. Oprócz pulsującej muzyki dużą rolę odgrywają rozedrgane kolorowe światła. Cała scena jest bardzo dynamiczna. Głuchoniema dziewczyna potrafi odnaleźć się w klubie. Jesteśmy przekonani, że odczuwa muzykę ciałem, a poza tym kieruje się ciałami pozostałych uczestników. W miarę rozwoju sytuacji w klubie zaczynają dominować żółte i czerwone światła, po nich jasne stroboskopowe migawki w fotograficznych strzępkach utrwala na taśmie filmowej zawiedzioną twarz głównej bohaterki oraz jej koleżanki w wymownych uściskach chłopaka, który podobał się Chieko. Warstwa muzyczna oprócz możliwości porozumienia pomiędzy bohaterami, zaznacza także różnicę pomiędzy poszczególnymi historiami. Sekwencjom meksykańskim towarzyszy głównie muzyka zespołu mariachi, japońskim charakterystyczny azjatycki pop i muzyka klubowa. Z drugiej strony kompozycje stworzone przez Santaoalalla’ę i Sakamoto noszą w sobie wspólny mianownik i stają się spoiwem.

Znaczący wpływ na film miały decyzje dotyczące obsady. Naturszczycy, przede wszystkim w wątku marokańskim, wnieśli wiele naturalności. Ich rysy świadczą o tym jak bardzo są związani z tym krajem i jego pustynno pasterską specyfiką. Z drugiej strony mamy totalnego i rozpoznawalnego gwiazdora – Brada Pitta, który został postarzony i zagrał postać raczej odbiegającą od swojego emploi. Stało się tak, że jedni zadziałali na drugich – naturszczycy sprawili, że Pitt stał się bardziej ludzki i naturalny, a on przydał im swojej aktorskiej szlachetności.

Powróćmy jednak do otwarcia filmu. Zanim naszym oczom ukaże się jakikolwiek obraz słyszymy wiatr i rytmiczne kroki na piasku i kamykach. Scena rozgrywa się w Maroko. Wiatr posiada bogatą symbolikę, wydaje się jednak, że w tym konkretnym przypadku jedno znaczenie pasuje do niego wyjątkowo dobrze – zmienność. Losy bohaterów zostają zmienione przez przedmiot, który widzimy już w pierwszym ujęciu – to karabin, który (jeszcze zakryty, zawinięty) niesie na plecach spieczony przez słońce Marokańczyk. Sama scena dobijania targu wydaje się dosyć wymowna i symboliczna. Oprócz pieniędzy przekazana zostanie także koza. Pasterz posiada ich co prawda bardzo dużo, ale są to zwierzęta będące jego głównym źródłem utrzymania, gwarantujące byt zarówno jemu, jak i jego rodzinie. W zamian otrzymuje on strzelbę, narzędzie zadające śmierć. Oczywiście rozumuje w prosty i praktyczny sposób – jedna koza za strzelbę to nic, w porównaniu z tym, jakie straty mogą poczynić szakale. W kulminacyjnym momencie filmu strzelba, będąca przyczyną dramatycznych wydarzeń, zostaje zniszczona przez tego samego chłopca, który postrzelił Susan Jones.

Bardzo interesujący jest fakt, że twórcy nie stawiają jednoznacznego wniosku, że incydent z bronią miał tylko i wyłącznie negatywny skutek. Następuje bowiem pewien paradoks – Jonesowie pod wpływem dramatycznych wydarzeń godzą się. Chieko zdaje się przejść pewne oczyszczenie i ukojenie w finałowej scenie, w ramionach ojca, na tle współczesnej wieży Babel – rozświetlonego Tokio. Zupełnie inaczej sprawa ma się w pozostałych dwóch przypadkach. Brat chłopca, który postrzelił Amerykankę zostaje zastrzelony podczas próby zatrzymania, on sam poniesie na pewno konsekwencje swojego czynu, a zmianę jego życia symbolizować może łódka, którą widzimy w jednym z ostatnich ujęć z tym bohaterem. Meksykańska niania zostanie deportowana do Meksyku pomimo tego, że w USA mieszka już 16 lat, mało tego, nie została nawet poinformowana o stanie zdrowia dzieci, które pozostawiła na pustyni by szukać ratunku. Twórcy wzmacniają emocje towarzyszące rozmowie z urzędnikiem prawie w ogóle nie pokazując jego samego, co wraz z jego słowami sprawia, że jest bardzo nieludzki, pozbawiony empatii, stał się wyłącznie instrumentem bezdusznej władzy.

Chieko wtulona w ojca na tle miasta Tokio

Babel to obraz bardzo mocno dotykający wielu istotnych aspektów ludzkiej egzystencji. Twórcom udało się uniknąć powierzchowności. Film jest bardzo spójny, a jego wielowymiarowość i wielosemantyczność idealnie podkreślają środki, których użyli twórcy. Pomimo tego, że historie rozgrywają się w tak bardzo oddalonych od siebie miejscach, to reżyser potrafi wydobyć z nich wspólne mianowniki i akcentować odpowiednie frazy. Siła przekazu tkwi zarówno w roztrzęsionym, pełnym bliskich planów obrazie, kontraście i wzajemnym dopełnianiu się aktorów zawodowych i naturszczyków, konsekwentnej warstwie muzycznej, błyskotliwym montażu. Wychwytywanie kolejnych parabolicznych motywów i wypowiedzi na temat trudności w komunikacji nie sprawia problemów, a jest raczej zachęceniem do własnych przemyśleń.

Teza, że to ciało jako takie, a nie język, jest najlepszym przekaźnikiem komunikacyjnym jest jedną z najciekawszych, ale też najbardziej oczywistych i nienowych. Pomimo tego wybrzmiewa w Babel wyjątkowo świeżo, prawdopodobnie także ze względu na zainfekowany nowymi mediami świat współczesnych komunikatorów. Poza tym twórcy nie stawiają prostych odpowiedzi, dają wiele możliwości interpretacyjnych, co powinno zachęcić widzów do wzajemnej wymiany zdań, a co za tym idzie rozmowy, dialogu, wzajemnego słuchania siebie.

Babel

reżyseria: Alejandro González Iñárritu

scenariusz: Guillermo Arriaga

zdjęcia: Rodrigo Prieto

scenografia: Brigitte Broch

muzyka: Gustavo Santaolalla, Ryuichi Sakamoto

występują: Brad Pitt, Cate Blanchett, Gael Garcia Bernal,

Adriana Barazza, Koji Yakusho, Rinko Kikuchi

czas trwania: 140 minut

rok produkcji: 2006

Bibliografia

  1. Ebert R., Babel, http://www.rogerebert.com/reviews/babel-2006,
  2. Interviev: Alejenadro Gonzalez Inarritu, http://www.ign.com/articles/2006/10/26/interview-alejandro-gonzalez-inarritu?page=2,
  3. Kopaliński W., Słownik symboli, Warszawa 1991,
  4. Oświeciński R., Babel. Głuchoniemi, http://film.org.pl/prace/babel.html.

[1] Interviev: Alejenadro Gonzalez Inarritu, http://www.ign.com/articles/2006/10/26/interview-alejandro-gonzalez-inarritu?page=2, [dostęp:06:06.2016].

[2] Wiatr, [hasło w:] Słownik symboli, Kopaliński W., Warszawa 1991, s. 455.

***

Agata Gałaś i Wojtek Jasiński

Zaproszeń nie ignorujemy, a kiedy dostaje się zaproszenie od kogoś takiego jak Krzysztof Zanussi trudno pozostać obojętnym. Twórca Iluminacji, Barw ochronnych i Persona non grata mieszka w podwarszawskich Laskach, w sąsiedztwie Kampinoskiego Parku Narodowego i Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, które zresztą wspiera. My zaś  odwiedziliśmy także i to miejsce.

Posiadłość Państwa Zanussich doskonale komponuje się z krajobrazem – duży, piękny ogród, w którym swoje miejsca odnalazły figury z kościoła (św. Marcina w Warszawie), robiący niesamowite wrażenie nowy dom zaprojektowany przez Elżbietę Grocholską-Zanussi, wypełniony zielenią (tą ożywioną i nie), książkami; otwarty na świat dzięki przeszkleniom, a także samym gospodarzom. Do tego wszystkiego wszędobylskie przyjazne (z małymi choć… dużymi wyjątkami:) psy.

            Krzysztof Zanussi to postać nietuzinkowa i mogliśmy tego doświadczyć na własnej skórze. Poznając nas i nasze zainteresowania, reżyser potraktował nas dość krytycznie, starając się sprowokować nas do refleksji nad naszymi życiowymi wyborami. W dyskusji postawił humanistom i osobom zajmującym się kulturą zarzut, że zamiast wartościować i stawiać diagnozy, jedynie opisują zjawiska i twory kultury. Dowiedzieliśmy się także o powstającym właśnie filmie Eter będącym wariacją na temat Fausta, osadzoną w realiach I wojny światowej, nad którym pracuje reżyser. Gospodarz oprowadził nas po swoim domu, zaprosił także do małej salki kinowej, gdzie mogliśmy obejrzeć m. in. kongenialny materiał z popisem aktorskim Zbigniewa Zapasiewicza.

            Tego samego dnia wieczorem doświadczyliśmy jeszcze czegoś zupełnie innego. W domku gościnnym Zanussich, zebrani we własnym gronie, przy świetle świec opowiadaliśmy o ludziach, których już z nami nie ma. Podczas zaduszkowego spotkania mogliśmy upamiętnić osoby, które są nam bliskie, te z naszego bezpośredniego otoczenia, ale także te, które żyły nawet setki lat temu, ale ich osobowości oddziałują do dziś. Ten intymny, cichy i pełen wspomnień wieczór zakończył pierwszy dzień naszej wizyty.

            Następnego dnia czekała nas niespodzianka zapowiedziana wcześniej. Nadal pełni byliśmy wrażeń z wczoraj, a sobota miała okazać się równie ciekawa. Jedliśmy jeszcze śniadanie (wspólne posiłki są bardzo jednoczące!), kiedy do pomieszania ze zmarzniętymi policzkami weszła pani Elżbieta Tarczałowska. Zabrała nas na spacer po dużym obszarze tego ośrodka. Naszymi głównymi punktami zaczepienia tego dnia była wizyta w Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi w Laskach oraz miejscowy cmentarz (pamiętajmy, że był to czas zaduszkowy). Nasza przewodniczka pracowała w zakładzie dla Ociemniałych w Laskach przez wiele lat, stąd jej ogromna wiedza w tym temacie. Doświadczenie zawodowe, które dostarczyło jej wielu wypomnień pozwoliło jej karmić nas opowieściami przez cały dzień. Opowieściami o wychowankach zakładu, codziennym życiu uczniów i nauczycieli.

            Tego dnia daliśmy wyraz naszym zaduszkowym rozważaniom i zapaliliśmy znicze na  cmentarzu Leśnym w Laskach. Groby dekorowały jedynie kamienie, kwiaty i (w większości) drewniane krzyże. Cmentarz, który już sam w sobie był bardzo zadbany i wyjątkowy w swej prostocie zaskoczył nas ponownie… Miejsce okazało się nekropolią intelektualistów XX wieku, mieliśmy okazję zobaczyć grób malarza Franciszka Starowieyskiego i wielu innych znanych Polaków, takich jak: Antoni Słonimski, Jacek Woźniakowski, prof. Konrad Górski, prof. Stefan Swieżawski, prof. Zygmunt Kubiak, Tadeusz Mazowiecki, Jan Lechoń i wielu innych.

            Weekend w Laskach był zdecydowanie niezapomnianym przeżyciem. Z wielu względów, po pierwsze przez unikatowość takiego zdarzenia, nie wspominając już o spotkaniu z niezwykłymi ludźmi, którzy poświęcili nam swój czas i podzielili się wiedzą, Wróciliśmy do Torunia wyposażeni w nowe przeżycia i z pytaniem, gdzie pojedziemy następnym razem.

 

***

Paweł Kamiński

TRZEBA  TO WZIĄĆ NA KLATĘ

(Nie)pokalane gniazdo.

Prowokator, oskarżyciel, szczery do bólu, demaskator zła codzienności – to określenia, które można wrzucić do jednego worka z napisem „Jan Klata”. Dyrektor Starego Teatru po raz kolejny wsadził kij w mrowisko, tym razem wystawiając Wroga Ludu Ibsena.

Młody gniewny przyzwyczaił publiczność, że potrafi szokować. Reżyser od samego początku udowadnia, że interesują go sprawy Polski, dlatego też przenosi obcojęzyczne teksty na realia rodzimego podwórka. Już w swoim debiucie – Rewizorze Mikołaja Gogola – przeniósł akcję sztuki z rosyjskiej XIX-wiecznej prowincji w realia PRL-u lat 70., by ukazać degrengoladę społeczeństwa w czasach Edwarda Gierka. W Uśmiechu Grejpruta  obrazującym grupę dziennikarzy czekających w Rzymie na śmierć papieża, odziera z szat współczesne media, obnażając wewnętrzną pustkę młodych ludzi zniewolonych swoimi karierami. H. wg Hamleta, którego akcję reżyser umieścił w przestrzeni Stoczni Gdańskiej, był diagnozą społeczeństwa stojącego u progu przemian ustrojowych, a w szczególności postaw młodych ludzi będących ich świadkami. Fanta$y wg Juliusza Słowackiego Klata przeniósł w realia blokowiska, dokonując wiwisekcji polskiego społeczeństwa opętanego mackami dzikiego kapitalizmu. W kolejnych sztukach reżyser nie odchodził od konwencji, szokując pokazywał brud polskiego społeczeństwa. Krytycy nie zauważali (i nadal to robią), że za obrazowaniem degrengolady polskiego społeczeństwa kryje się niemy krzyk pisklęcia pełen żalu, smutku i rozpaczy nad stanem naszego kraju.

Wróg ludu nie odstaje od poprzednich realizacji Klaty, miesza konwencje na scenie niczym teatralny Panoramix, by ostatecznie zaprezentować dzieło totalne. Można zapytać
po co te „fajerwerki” inscenizacyjne, gdyby nie fakt, że wszystkie elementy takie jak: scenografia, choreografia, muzyka i gra aktorska współgrają ze sobą w każdym calu.
Historia doktora Tomasa Stockmanna desperacko walczącego z władzą o likwidację uzdrowiska, którego wody, są zanieczyszczane przez błędnie położoną kanalizację miejską, miesza się z historią współczesnego Krakowa. Improwizacja Juliusza Chrząstowskiego grającego dr Stockmanna z impetem burzy czwartą ścianę, gdy ten śmiało wchodzi
w polemikę z widzami na temat uchodźców oraz krakowskiego smogu i tego komu jest na rękę nie zwalczanie realnego problemu dotykającego aktualnie stolicę małopolski.
Ten spektakl to nie tylko wsadzenie przez Klatę kija w lokalne mrowisko, ale także ostentacyjne w nim gmeranie. Mimo to spektakl utrzymuje się na afiszu od kilku miesięcy
i grany jest zawsze przy pełnej sali. Smuci tylko fakt, że podczas bardzo ważnego monologu salwy śmiechu i oklasków przeważają nad ciszą skłaniającą do refleksji nad arcyważnymi kwestiami padającymi ze sceny. Jaki będzie następny krok inscenizacyjny Jana Klaty?
Nie wiadomo. Jedno jest pewne – cokolwiek nie zrobi, pozostanie… wrogiem ludu.

Paweł Kamiński

***

Krzysztof  Zanussi

W  POSZUKIWANIU  ZNAKÓW  CZASU

Przed czterdziestu laty w moim filmie „Iluminacja” fizyk teoretyk, profesor Birula Białynicki powiedział przed kamerą intrygujące zdanie o tym, że przyszłość może być ukryta w teraźniejszości, tak jak przeszłość ukryta jest w pamięci.

Czterdzieści lat w fizyce pozwoliło nam się oddalić od świata Newtona. Zmieniło się nasze rozumienie materii, przestrzeni, czasu, zmieniła się logika, której używamy jako narzędzia do opisu świata. Zachwiał się system rozumowania oparty na sekwencji przyczyn i skutków. Weszliśmy w nowy świat, o którym proroczo mówił Einstein, że będzie to znowu świat doznawanej tajemnicy. „Kto nie ma poczucia tajemnicy, jest ślepy” – mówił Einstein, zwracając się do humanistów w 1936 roku.

Pojęcie tajemnicy wyzwala w ludziach demony w różnych postaciach gnozy, która tajemnicę oswaja i wskazuje wtajemniczonych. Pokusa, by przeniknąć tajemnicę, ukrywa wewnętrzną sprzeczność. Co bowiem można przeniknąć, tajemnicą nie jest. A co jest tajemnicą, oddala się od nas jak horyzont.

Krążą mi te myśli po mojej starej głowie, bo im bliżej pożegnania z tym dobrze znajomym światem, tym większa ciekawość, do czego on zmierza, w jakim kierunku się zmienia. Wiemy, że od wieków przemija ta postać świata, w której przyszło nam się urodzić, ta do której udało nam się przyzwyczaić. Strach przed niewiadomym, czyli nowym, jest naturalnym odruchem i przezwyciężamy go nadzieją, że to nowe będzie lepsze niż stare.

Rzeczywistość mego pokolenia zdaje się potwierdzać to wrażenie. Żyjemy w pokoju, w rosnącym dobrobycie, przybywa nam wolności i jakkolwiek możemy być niezadowoleni z tego świata, to jest on bezspornie lepszy od tego, który pozostał za nami. Jeśli mimo to żywimy lęk przed przyszłością, to dlatego, że brak nam gwarancji, że ten proces będzie trwał dalej. Złudna idea postępu przestaje być oczywistą.

Niedawne cele ludzkości – takie jak powszechna zamożność, oświata, ochrona zdrowia, bezpieczeństwo fizyczne i materialne, idąca z nim w parze wolność jednostek i narodów, to wszystko w dużym stopniu wydaje się osiągnięte, a w każdym razie rozwinięta ludzkość wskazuje drogę do spełnienia tych oświeceniowych ideałów. Narzędziem jest technologia, a z drugiej strony ekonomia, która steruje naszym wzrostem. Takie przynajmniej żywimy złudzenia. Łudzimy się, że wszystko będzie tak jak było, a jednocześnie lepiej. Łudzimy się, że będzie dobrze, a tymczasem może tak ni być. Wzrost nie jest niczym gwarantowany i nie wystarczy, że nazwiemy go „zrównoważony”, żeby bezmyślnie omijać pytania, które wymagają nowych odpowiedzi.

Co wiemy o naszym gatunku? Jakie ma on zdolności adaptacyjne? I czy nadąża za tempem zmian, które narzucił imperatyw maksymalnego wzrostu? Jakie są najgłębsze ludzkie motywacje i płynące z tego potrzeby? Jaki jest horyzont ludzkich marzeń i jak statystyczna krzywa Gausa przekłada się dzisiaj na rozkład politycznej władzy? I jaką odpowiedzialność biorą na siebie wyemancypowane masy?

Zestaw drogowskazów, jakimi posługujemy się dzisiaj pochodzi jeszcze z XIX wieku i swoja najnowszą redakcję zawdzięcza majowej rebelii sześćdziesiątego ósmego roku, która do szeregu dziewiętnastowiecznych ideałów, taki jak: wolność, równość, braterstwo, dodała tolerancję, różnorodność, neutralność światopoglądową i wolność obyczajową. Gdzieś na peryferiach plątała się jeszcze solidarność ukrywająca swe chrześcijańskie korzenie. Odeszły natomiast do lamusa pojęcia takie jak: miłość Ojczyzny, rodzina i cnoty takie jak: poświęcenie, samoograniczenie, wyrzeczenie. Świat rosnącej w nieskończoność konsumpcji postawił na samorealizację, wskazując dobro jednostki przed dobrem wspólnoty. W rezultacie uformował się nowoczesny, oświecony egoizm, który zawodzi jako fundament budowania nowoczesności. Kryzys demokracji, wolnego rynku, kryzys Europy, a nawet aktualny polski kryzys polityczny wiąże się moim zdaniem z poczuciem pustki i uwiądem marzeń. Bankrutująca dziś ideologia oświeconego egoizmu wyraża się niechęcią do wartościowania. Nauki humanistyczne prześcigają się w opiniach, ale unikają postulatów i ocen. Posiadanie jakiejkolwiek wizji kojarzy się przykro z czasem ideologii. A z drugiej strony widać gołym okiem, że bez wizji nasz świat się rozpada. Zasadnym staje się pytanie czy w ogóle mamy jeszcze przyszłość.

Będę niepoprawnym optymistą, wyrażając wiarę, że mamy. I zgodnie z hipotezą cytowanego na wstępie fizyka, przypuszczam, że zapowiedzi tego, co przyszłość niesie są zawarte w naszej współczesności. Biblijne pojęcie znaku czasu, signum temporis, odnosi się także do nas. Pozostaje pytanie, kto trafnie je wskaże. Czy są nimi oznaki kresu postępu i rozwoju (głośny w swoim czasie postulat wzrostu zero), czy ONZetowskie hasło zrównoważonego rozwoju (które rozczarowuje swoją wieloznacznością), czy może znakiem czasu są projekty bezwarunkowych zasiłków dla obywateli, które rozważa kilka najbogatszych krajów (ostatnio odrzucili tę myśl w swoim referendum Szwajcarzy). Wiemy też, że robotyzacja prowadzi do bezrobocia, ale nie grozi ubóstwem, może więc człowiek przyszłości będzie działał z wewnętrznej potrzeby, a nie z materialnej konieczności? Gdyby świat rozwinięty miał iść w tym kierunku, pozostaje otwartym pytanie, co miałoby być natchnieniem dla tej wewnętrznej konieczności.

Zdrowy rozsądek i pamięć historii podpowiadają, że w dziejach ludzkości w różnych postaciach pojawiał się wymiar duchowy – czyli intuicja (bardziej niż przekonanie), że poza światem widzialnym i doświadczalnym zmysłowo, istnieje inna rzeczywistość. Jej istnienie wiąże się z owym poczuciem tajemnicy, o którym wspomina Einstein. Adepci nauk ścisłych mają z tym do czynienia na co dzień. Natomiast odnoszę wrażenie, że humanistyka została w tyle. Jest wciąż zanurzona w oświeceniowych pewnościach. Żyje duchem encyklopedystów, podczas kiedy fizyka przeniosła Newtona do historii.

Myślę także, że jeśli ekonomia ma nam wskazywać cele naszego rozwoju, a nie tylko korygować błędy, to musi wyjść poza neutralny ogląd i zacząć wartościować. Wychodząc od ogólniejszych humanistycznych przesłanek, a te przesłanki są na pewno obecne w teraźniejszości, wyłuskać sens.

Gdyby ktoś wiedział jak to zrobić, byłbym spokojny o losy świata.

***

Pocztówka z Gdyni…

1. „Ostatnia rodzina”

Wychodząc wczoraj wieczorem z kina długo zastanawiałem się jak rozpocząć dzisiejszą recenzję i nie przychodziło mi do głowy nic oprócz tego, że Ostatnia rodzina to film, który po prostu nie zawodzi. Oczekiwania były naprawdę duże, wszak historia rodziny Beksińskich to przecież gotowy scenariusz na film. Po ogłoszeniu obsady (a w szczególności Andrzeja Seweryna) oczekiwania wzrosły jeszcze bardziej. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że na film czekała cała Polska i fani Mistrza rozsiani po całym świecie. Jedno można powiedzieć na pewno – film Ostatnia rodzina dosłownie zakrzywia czasoprzestrzeń, bo jak to możliwe, że trwający blisko 2 godziny film można obejrzeć pomiędzy jednym, a drugim mrugnięciem oka? Przedstawiony świat, ciasna pracownia Beksińskiego pochłania nas bez reszty z niesamowitą siłą. W film wchodzimy od razu, od samego początku, aż do kulminacyjnego zakończenia. Film ukazuje nam rodzinę Beksińskich już po przeprowadzce do Warszawy. Jest to oczywiście jedynie wycinek większej całości. Jak sam tytuł wskazuje, jest to film o rodzinie, stosunkowo mało tutaj samej sztuki. To nie znaczy, że jej nie ma – ona jest, ale nieco na uboczu, ukryta w cieniu, a eksponuje to co najważniejsze dla filmu, czyli relacje rodzinne w domu Beksińskich. Tym co od razu zwraca uwagę jest doskonała gra aktorska, a w szczególności imitacja głosów bohaterów, zarówno w wykonaniu Andrzeja Seweryna, jak i Dawida Ogrodnika (czasami można mieć nawet wątpliwości, czy słyszymy aktorów, czy jakieś archiwalne nagrania). Można się jedynie spierać, na ile udana jest sama charakteryzacja aktorów (choć może czepiam się szczegółów). Aktorstwo stoi tu jednak na tak wysokim poziomie, że szybko przestajemy zwracać uwagę na zbyt bujną brodę Tomka Beksińskiego i skupiamy się na opowiadanej historii. Nie można też zapominać o Aleksandrze Koniecznej, która wcieliła się w rolę żony Zdzisława Beksińskiego – Zofii. Beksińska miała bardzo ciężkie życie wbita pomiędzy dwie nieprzeciętne i ciągle ścierające się osobowości i to właśnie ją darzymy tutaj największą sympatią. Podsumowując – Ostatnia rodzina to film z kategorii must-see i mój osobisty faworyt w drodze po tegoroczną nagrodę Złotego Lwa. A kto wygra? Przekonamy się o tym w ostatni dzień festiwalu.

  1. Warto również sięgnąć po lekturę uzupełniającą, a mianowicie książkę Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny, w której możemy prześledzić losy rodziny od samego początku, aż po samą śmierć artysty. Przed lekturą polecałbym jednak wybrać się do kina.

MAT

2. „Wołyń”

Wojtek Smarzowski po 41. Festiwalu Filmowym w Gdyni nazywany jest wielkim przegranym. Z wielkim żalem przyznaję rację kuluarowym określeniom, bowiem „Wołyń” został nagrodzony tylko w trzech i to mało ważnych kategoriach: zdjęcia, charakteryzacja oraz profesjonalny debiut aktorski dla Michaliny Łabacz. Nie będę pisał o czym jest najnowszy film Smarzowskiego, ani komentował politycznej wojny (mocne, ale uzasadnione użycie tego słowa) jaka rozpętała się wokół tytułu, ale skupię się wyłącznie na samym filmie.

Czekałem na niego od pierwszej informacji o pracy nad scenariuszem, śledziłem każde doniesienia na temat produkcji i bałem się. Nie był to jednak strach przed tematem, ale obawa, że reżyser znany z bezkompromisowego pokazywania bestialstwa, nie oszczędzi widza i również tym razem, zarzuci nas okrucieństwem, obrazując z pieczołowitością najgorsze ze sposobów mordów, jakie dokonywano na Kresowiakach. Strach wzmógł się jeszcze bardziej, gdy przed wyjazdem do Gdyni usłyszałem, że w kinowej sali widzowie spędzą 150 minut i tak żyłem w strachu do piątkowego seansu.

Okazuje się, że Smarzowski powstrzymał swoje „bestialskie pociągi” i stworzył epickie dzieło. „Wołyń” jest sfilmowany tak, jak Stanisław Srokowski pisze zbiór opowiadań „Nienawiść”, na którym film jest oparty – pozornie cicha i spokojna historia, rozwija się powoli, wplatając z biegiem akcji coraz to mocniejsze akcenty, by ostatecznie na końcu uderzyć mocno, pokazując czym jest nieposkromione zło natury ludzkiej. Zauważalna – od pierwszych minut filmu – niechęć Ukraińców do Polaków, z czasem wzrasta do niebotycznych rozmiarów nienawiści. Właśnie taki sposób prowadzenia filmu stanowi o jego sile – film nie epatuje przemocą, widzowie nie czują się zmęczeni, a jednocześnie uświadamiają sobie skalę mordu dokonanego na Kresach. Smarzowski nie staje po jednej stronie, nie atakuje Ukraińców, o czym świadczyć może scena, w której Polacy idą z odwetem za czyny na nich dokonane. Można pytać dlaczego tylko jedna scena? Jak tłumaczył reżyser na konferencji prasowej po projekcji: liczby dokonanych mordów same świadczą o skali zjawiska – wymordowanych Polaków było dziesięć razy więcej, niż Ukraińców.

„Wołyń” to także świadectwo kultury i obrzędowości. Długa sekwencja otwierająca film, obrazuje obyczaje i rytuały związane z zaślubinami, mającymi miejsce na granicy dwóch kultur: polskiej i ukraińskiej, do zatarcia której dochodzi zupełnie, gdyż jest to ślub obywateli obojga narodów. Jak mówi Smarzowski: „Ten film ma być mostem, a nie murem, ma łączyć, a nie dzielić”, co jest zauważalne, gdyż pośród Ukraińców znajdują się, także Ci dobrzy, a film nie jest manifestem polskości. Miejmy nadzieję, że w tych trudnych czasach zostanie on odebrany przez naszych sąsiadów dobrze i rozliczymy się z demonów przeszłości, by budować wspólnie przyszłość.

PK

***

Homo Spiritualis, czyli o czym jest nasza książka (Preface)

At the beginning of modernity Friedrich Nietzsche proclaimed the death of God. Max Weber announced the world devoid of magic aspect (increase of rationalisation of life – fatal for the religion). Since that moment the phenomenon of secularisation, which existed in western civilisation even earlier, gains strength and intensifies in European societies (T. Luckman, P. Berger). At the same time the crisis of Christianity (A. Bielik-Robson, T. Bartoś, Kłopot z chrześcijaństwem. Wieczne gnicie, apokaliptyczny ogień, praca) is acompanied by phenomena that give testimony to unextinguished spiritual longing of human being (P. Norris,Inglehart, Sacred and Secular: Religion and Politics Worldwide; K. Skowronek, Z. Pasek, Nowa Duchowość w kulturze popularnej, J. Kristeva, This Incredible Need to Believe).

The second half of XX century on one hand brings the New Age spiritual syncretism, on the other hand reforms of Vaticanum Secundum (The Second Vatican Council). Actions of popes gather crowds, literature, music and art become proof that in lives and creations of outstanding individuals those spiritual inspirations (and judeo-christian tradition) still play important role. The category of soul also stays a crucial element of common imagination (D. Czaja, Anatomia duszy. Figury wyobraźni i gry językowe). Nevertheless changes in European legislation, so called „political correctness”, customs of citizens of the old continent and

empty churches may suggest the end of certain paradigm. Those contradictions, observed in western civilisation, make us ask questions about the future of homo spiritualis and his participation in shaping our culture in the next decades (G. Weigel, The Cube and the Cathedral: Europe, America, and Politics Without God).

This book is dedicated to the reflection on the condition of modern human being perceived from the perspective of the formula of homo spiritualis. The basic question is whether this formula still expresses the essence of who we are – if it is actual and considers contemporary situation. The important question also is if we should refer to modern man more as homo spiritualis and less as homo religious or not necessary. By the way, we come back to this question once more in another of our publications, literally asking about it different people (scientists, artists, monks, etc). In the other book from the series HOMO SPIRITUALIS (Homo religiosus – the species on the verge of extinction? – the collection of interviews) we reflect on it in even more profound and detailed way with more personal approach at the same time.

The very book which we print now for that reason is supposed to be not only the beginning of our scientific research on those matters, but also the preface to public debate on spirituality and religiosity of our times which we want to participate. We want to follow the path, asking questions like: does homo religious stand a chance in changed circumstances of culture of our times? What is the character of non confessional spirituality? How Christians can face the changing modern world? What is the attitude of modern world to religious people (Christians, Muslims, Jew society, and other religions and confessions)?  What are the possibilities of self-realization of religious people in modern culture? What kinds of cultural activities and achievements are indebted to spiritual life? What is the image of religious person in the intertextuality, (in literature, art, theatre and film) and in pop-culture? What is the specific of religious human being of the XX century? Does it change in XXI century? And many others…

Answering those basic for our interest questions is strongly related with other questions, even more fundamental: about image of God, defining faith and religion, soul and spirit, and above all –  notion of what is spiritual. Through the research of the authors of this book we can notice that spirituality has been associated in modern times with different aspects of human life and different phenomena, like: sacraments, doctrine and private belief, literature and, quite the contrary, the opposition of fiction; absolute nostalgy, hunger of God, divinity and immortality, value of interpersonal meetings, the fundamental questions about the world of values, ability to doubt, priority of love and peace, mathematical structures of thinking, meditation, memory, etc. At the same time on pages of this book appear both most important paradigmas which draw the image of the situation of spirituality of our times: secularisation and post-secular turn.

Scholars use in this book not only the notion of homo spiritualis and homo religious, but also others, like: homo liturgicus or homo christianus. The main idea is being observed from different points of view: for example from the point of view of materialistic monism, post-cartesian dualism and the concept of ternery vision of human being composed of body, soul and spirit; from the perspective oof believers and atheists.

Some of the observations seem to surprise. The Age of digital technologies changes a lot in the existence of idea of the spiritual, but not necessarily in the way we could guess. It occurs that the existence of Artificial Intelligence, for instance, forces some of the intellectuals to come back to the concepts older than those we inherited after the age of Enlightment. Others tend to prove that the source of theoretically so not modern phenomenon as fundamentalism is in fact born from the bone of modernity and that the opposition of faith and reason, used in the discourse about religion, can be in fact artificial, as both sides of the debate (churches and secular world) refer to it as its own value. Besides paradoxes and surprises there appear also some certain tendencies that seem to be characteristic for our times, like: tendency to non confessional non denominational spirituality, individual approach to the sphere of divinity, self-realization as main feature of human spirituality, etc.      

This very book is divided into two parts: one collecting texts written in English and the other composed of texts written in French (however French section has got English abstracts to enable English speaking readers grasp general idea of those studies). The book contains articles written by scientists from different countries, like: Belgium, Bulgaria Canada, France, Malta and Poland. They represent research cetres like: Paris-Sorbonne in France, Universités en Philosophie à Reims (also France), University of Leueven in Belgium, University of New Brunswick and  Wilfrid Laurier University – both in Canada; Université de Malte, Bulgarian Academy of Sciences, and Polish academical centres, like:  Jagiellonian University, Warsaw University, University of Adam Mickiewicz, University of Silesia, University of Gdansk, Nicolaus Copernicus University, Catholic University in Lublin.

Then each of those sections is farther divided into chapters, which gives following order: I. Forms of faith; II. Homo Spiritualis – since XVIII till XXI century and from science to poetry; III. Religion in the eyes of contemporary society; IV. Retour au spirituel: meditation, poésie, mémoire (Return to spiritual: meditation, poetry, memory); V. Quand le sacré cȏtoie le profane (When the sacred brings nearer the profane); VI. La philosophie face au spirituel. La politique face au religieux (The philosophy facing the spiritual. The politics facing the religious).

At the end of this publication we placed, in the Appendix, also the proof of importance of certain authors (like Nietzsche, Tolstoy or Unamuno) and the example of contemporary hermeneutic approach of rereading of their texts. For the writers that we tend to continue to read again and again also show us the way to understand our spirituality. Our interpretations of  those texts on the other hand are not only the example of reception of ideas, but also the testimony of who we are.  For that reason this hermeneutic “hot” approach is as important in the reaseach as the “cold” scientific one.

Our times does not begin in our times. Its character has been worked out since… well, it depends on the perspective which time in the past we point out as the source of our mentality and culture. That is why in this book – however we search for the truths about modern human being living in XX and XXI centuries – we turn our attention also to the authors which somehow prepare us to understand better our times (like Humbold, Tolstoy or Nietzsche). Nevertheless the reflection is occupied mainly by authors of XX century, like: Unamuno, Gődel, Penrose, Tischner or Taylor, Pasierb, Heidegger or Sergio Kokis and many others. In the consequence we find here analizies of the ideas of XVIII century philosophers and writers that belong to the same generation as the editors of this book.

Texts consider the phenomena as important to the subject as: question of the role of category of “illusion”, spirituality in the age of post human era, meditation and its role in modern western culture, spiritual dimension of memory, new translations of the Bible, spirituality of the Carmel, the phenomena of Camino de Santiago, religious-oriented press, fundamentalism and religion in digital age. To be brief, this publication is a set of studies on modern spirituality, considering many crucial problems and continuing  discussion together with farther investigations.

Joanna Bielska-Krawczyk

***

Tegoroczny Festiwal Filmowy w Gdyni zapowiada się bardzo interesująco. Na szesnaście filmów startujących w Konkursie Głównym, aż siedem to dzieła debiutantów, a ponad połowa reżyserów urodziło się w ósmej dekadzie minionego wieku, nie ma wątpliwości – w polskim kinie następuje wymiana pokolenia, do głosu dochodzą młodzi twórcy. Na festiwalu pojawią się Paweł i Mateusz z naszej fundacji. Co panowie polecają i na co czekają?

Przeglądając program 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni szybko można się zorientować, że rok ten stoi pod znakiem biografii. Znajdziemy tu filmy o wybitnych jednostkach (Ostatnia rodzina czy Powidoki) jak i o antybohaterach (Zaćma), ludziach znanych mniej lub bardziej. Pojawią się filmy, na które wszyscy czekają (znowu wracam do Ostatniej rodziny), jak i te, które wzbudzają sporo kontrowersji (Smoleńsk). Filmów jest dużo, na które warto więc zwrócić uwagę?

Filmu Ostatnia rodzina przedstawiać chyba nie trzeba. Postać Zdzisława Beksińskiego w ostatnich latach stała się bardzo popularna, nie tylko u nas w kraju, ale również za granicą. Beksiński był niezwykłym malarzem i (może jeszcze lepszym) fotografem. Film, który będziemy mieli okazję zobaczyć w Gdyni przedstawia życie rodziny Beksińskich, prywatne, intymne, naznaczone wzlotami i upadkami. Film ten na pewno nie będzie lekki, bo też nie może taki być – wie o tym każdy kto prześledził losy tej rodziny. Ale czy w takiej historii jest miejsce nawet na odrobinę nadziei? Przekonamy się w Gdyni. Film, którego nie można przegapić.

Pozostając w temacie wielkich biografii, kolejnym filmem, którym warto się zainteresować jest opowieść o innym wybitnym artyście XX wieku – Władysławie Strzemińskim. Powidoki w reżyserii Andrzeja Wajdy ukażą nam losy tego wielkiego malarza, który zmagał się z komunistyczną rzeczywistością o przestrzeń do artystycznego życia nie tylko dla siebie, ale również dla przyszłych pokoleń. W roli głównej Bogusław Linda – czy trzeba mówić coś więcej?

Zaćma w reżyserii Ryszarda Bugajskiego (Generał Nil, Układ Zamknięty) opowiada historię zbrodniarki stalinowskiej Julii Brystigerowej, której niezwykle łatwo przychodziło torturowanie więźniów aresztowanych przez UB (znana była pod pseudonimem Krwawa Luna). Na początku lat 60. trafia ona jednak do podwarszawskiego Zakładu dla Ociemniałych.

Gdzie jest światło, tam jest i ciemność. Walczą one o kontrolę nad człowiekiem i raz po raz osiągają swoje małe zwycięstwa. Wojciech Smarzowski pokazuje nam chwile, gdy to ciemność bierze górę nad światłością, a my zanurzamy się coraz głębiej i głębiej w tę otchłań bez dna, widząc tylko, że każde zło czynione przez bohaterów wywołuje lawinę cierpień, których nie ma końca. Filmy Wojciecha Smarzowskiego to opowieści niezwykle trudne, często ukazujące nasze lęki, słabości i ciemną stronę, która znajduje się w każdym człowieku. Tym razem reżyser sięgnął po temat z naszej historii – Rzeź wołyńską. Zapewne będzie to najtrudniejszy film na tegorocznym festiwalu, niemniej to kolejny przystanek „must-see”. Nie tylko z uwagi na historię, która jest nasza i o której nie możemy zapominać, ale również z uwagi na fakt jak wyboistą drogę przeszedł reżyser, by jego dzieło mogło zaistnieć. I choćby z tego powodu warto docenić jego pracę i przyjrzeć się Wołyniowi.

Ale tegoroczny festiwal stoi nie tylko pod znakiem ciekawych propozycji „z życia wziętych”. Przykładem może być thriller Na granicy z doskonałą obsadą: Dorociński, Chyra, Grabowski. Tajemniczy, niezwykle klimatyczny zwiastun ukazuje nam miejsce akcji: mroźne, odizolowane od cywilizacji Bieszczady. Ale czego dokładnie możemy się spodziewać i jakie tajemnice skrywa to nieprzystępne miejsce? Tego wszystkiego dowiemy się w Gdyni.

Mateusz Napiórkowski

Filmem oczekiwanym przeze mnie w sposób szczególny jest Wołyń Wojtka Smarzowskiego. Ten bezkompromisowy i niepokorny twórca nie otrzymał jeszcze Złotego Lwa za żaden film, a zasługiwał na to co najmniej dwa razy, przy okazji Domu złego i Róży. Osobiście mam nadzieję, że tym razem zostanie nagrodzony, choć konkurencja nie jest mała. Zastanawia mnie debiutancki Plac zabaw Bartosza Kowalskiego, nad którym opiekę artystyczną sprawował Smarzowski, co widać już w samym zwiastunie. Reżyser wchodzi do świata zbrodni popełnianych przez dzieci, pytając o przyczyny ich popełnienia.

Pojawienie się w jednym konkursie uczniów i mistrzów może być symbolem pokoleniowej zmiany warty, mającej miejsce w tym roku w Gdyni. Do głosu doszli młodzi twórcy, na których filmy czekam najbardziej. O Ostatniej rodzinie wspominałem kilka miesięcy temu, pisząc o dobrym czasie dla Zdzisława Beksińskiego (tekst Rok Beksińskiego? znajduje się w zakładce „Archiwum: teksty”). Jan P. Matuszyński ukazał rodzinny trójkąt, w którym żona i matka – Zofia, marzy o tym by umrzeć pierwsza, przed swoimi mężczyznami, Zdzisław fantazjuje na temat swojej śmierci, a syn Tomek chce popełnić samobójstwo, i to robi, przez co doprowadza do tytułowego proroctwa – była to ostatnia rodzina rodu Beksińskich.

Spośród młodych, należy przyjrzeć się jeszcze dwóm twórcom: pierwszy – Kuba Czekaj, którego Baby bump pokazane w ramach zeszłorocznego Innego Spojrzenia, zostało dobrze przyjęte przez publiczność. W tym roku do Konkursu Głównego dostał się jego Królewicz Olch. Drugi – debiutujący w fabule, autor doskonałego dokumentu Fuck for forest, Michał Marczak, który przez blisko dwa lata przemierzając warszawskie ulice, sportretował nocne życie miasta i jego młodych mieszkańców, tworząc Wszystkie nieprzespane noce.

Festiwal Filmowy w Gdyni to nie tylko Konkurs Główny. Na uwagę zasługują także filmy z innych sekcji. Ederly Piotra Dumały, to historia miasteczka z pogranicza realnego świata i snu, która pokazana zostanie w ramach Innego Spojrzenia. W Konkursie Młodego Kina zobaczymy historię z innego pogranicza – życia i śmierci (De Profundis Eugeniusza Pankova) oraz nagrodzone studenckim Oscarem Lokatorki Klary Kochańskiej. Szczególnie ciekawą propozycją w ramach Konkursu Fabularnych Filmów Krótkometrażowych jest Fatum – niekonwencjonalne kino drogi w reżyserii Radosława Pietruczuka oraz Hycel Darii Woszek z wcielającym się w tytułową rolę Januszem Chabiorem.  Na Horyzoncie to sekcja filmów goszczących w Gdyni w ramach współpracy z festiwalem T-Mobile Nowe Horyzonty, w tym roku zostaną pokazane: Cmentarz wspaniałości (reż. Apichatpong Weerasethakul), Ostatnie dni miasta (reż. Tamer El Said) i Śmierć Ludwika XIV (reż. Albert Serra).

Grupę polecanych przeze mnie filmów zakończę filmem nestora polskiej kinematografii, który w tym roku obchodził swoje 90. urodziny – Powidoki Andrzeja Wajdy będzie można zobaczyć w ramach Pokazów Specjalnych. Czy „mistrz” nadal jest w formie? Czy rola Władysława Strzemińskiego przywróci Bogusława Lindę polskiemu kinu? Okazja by się o tym przekonać już w Gdyni. Cokolwiek nie stanie się podczas najbliższego festiwalowego tygodnia, jedno jest pewne: polska kinematografia podniosła się z kolan i ma się dobrze.

Paweł Kamiński

 

****

Kinga Mądraszewska

(III rok Filologii romańskiej i komparatystyki; opowiadanie nagrodzone na konkursach literackich)

DOKTOR  SŁOWO

Nikt tak naprawdę nie wie, kiedy po raz pierwszy doktor Słowo otworzył podwoje swojej pracowni dla potencjalnych klientów. Synowie pamiętają jednak, jak ojcowie im opowiadali, że jeszcze ich pradziadowie byli niekiedy świadkami codziennego otwierania ciężkich, wiśniowych drzwi, nad którymi wisiał powgniatany, cynowy dzwoneczek, radosnym świergotem oznajmiający każde wejście i wyjście petentów.

 

 

 

 

 

 

 Pracownia doktora mieściła się w jednej z węższych ulic stolicy, na samym jej końcu, na parterze czynszowej kamienicy. Przez lata w obejściu nic się nie zmieniło. Drzwi wciąż były równie ciężkie i wiśniowe, okna tak samo duże i zakurzone. Zakurzone zresztą było wszystko w tym przedziwnym miejscu, na które składało się biurko, dwa fotele oraz książki. Dziesiątki, nie!, setki albo i tysiące książek! Starych, nowych, z porozcinanymi kartkami lub nie (były to zwykle duplikaty pozycji już przeczytanych). W pracowni znajdował się kanon literatury klasycznej, od historiografów po elegików rzymskich, dzieła filozoficzne, z zakresu botaniki, anatomii, geografii (były też mapy), zbiory poezji, leksykony, książki do nauki języków obcych, rozprawy naukowe oraz książeczki dla dzieci. Słowem: cały literacki dorobek ludzkości.

 Doktora Słowo nie widywało się poza pracownią. Po miasteczku krążyła jednak plotka, że podczas pełni księżyca wdrapuje się na pobliskie wzgórze i na srebrzystą żyłkę łowi świetliki, które następnie wkłada do starej lampy, by rozświetlały jego przybytek. Opowieść ta rozpalała wyobraźnię dzieci, chłopców zwłaszcza, wyczekujących co miesiąc dnia rzekomej peregrynacji, pragnących wydostać się z domu, by w piżamie pobiec na wzgórze, stając się tym samym jedynym świadkiem połowu świetlików. Niestety, maluchy zasypiały zwykle, zanim księżyc na dobre wzeszedł lub były przyłapywane przez rodziców i odsyłane do łóżek. I tak miesiąc w miesiąc, aż w końcu dorastały, gubiąc po drodze chęć ujrzenia srebrzystej żyłki, połyskującej na nocnym niebie. A doktor Słowo nieodmiennie zasilał swoją lampę najlepszymi świetlikami, jakie można było znaleźć w mieście.

 Doktor Słowo był równie enigmatyczny, co jego pracownia. Daremne były próby dowiedzenia się, ile ma lat. Mógł być każdego wieku, choć przypominał raczej staruszka niż młodzieńca. Włosy miał siwe, przetykane białymi nićmi, oczy srebrne, jasne i chłodne, przywodzące na myśl zimowy poranek – słoneczny, ale mroźny zarazem. Posturą się nie wyróżniał, niski i drobny ruchy miał żywe, gwałtowne. Gdy się uśmiechał, robił to w sposób zagadkowy, a ten delikatny łuk bladych warg kierował jakby do siebie, do jakiejś tylko sobie znanej tajemnicy.   Wiedza o tym niezwykłym człowieku przekazywana była z pokolenia na pokolenie i nigdy ani nie malała, ani nie rosła. Zawsze tkwiła w tym samym, martwym punkcie. Oczywiście nikt nie wierzył w to, że doktor mógł przeżyć kilka pokoleń, sam nie starzejąc się nawet o dzień, ludzka zbiorowość jednak, nieodmiennie spragniona cudów, lubiła sądzić o nieśmiertelności albo choćby długowieczności tego człowieka. A prawda jest taka, iż doktor Słowo był osobistością nader niezastąpioną i potrzebną, zwyczajnie więc nie wyobrażano sobie, żeby kiedyś mogło go zabraknąć.

 Praktyka doktora była na tyle nietypowa, że nie interesowały się nim żadne komisje, zrzeszenia ani cechy. Jedni uważali go za lekarza, bo w istocie leczył ludzi, inni zaś za farmaceutę, gdyż trudnił się wydawaniem medykamentów na przepisane przez samego siebie recepty. Czeladników, praktykantów czy też innego rodzaju uczniów nie miewał, choć powiadano, jakoby kiedyś takowi istnieli, ale po przebytym w pracowni kursie zaczynali trudnić się poezją niewysokich lotów, popadali w alkoholizm i przepadali na kartach historii. Tak więc doktor Słowo pracował w pojedynkę.

 Każdego dnia, gdy tylko po raz pierwszy zadźwięczał cynowy dzwonek, mężczyzna podbiegał do petenta, zdejmował mu płaszcz, odbierał kapelusz i wszystko to wieszał na wbitym w regał z książkami gwoździu. Jeszcze zanim klient zdążył się przywitać, staruszek przekręcał na drzwiach tabliczkę z napisem Otwarte na Zajęte – znak, iż w środku już ktoś się znajduje i nie należy w tej chwili przeszkadzać, wypadałoby natomiast poczekać na zewnątrz lub przyjść później – po czym prowadził delikwenta do jednego z głębokich foteli, sadzał go na nim, sam zajmując miejsce za imponującym, rzeźbionym biurkiem.

  • No więc… – zaczynał zazwyczaj każdy pacjent, w tym przypadku młodzieniec mogący poszczycić się pierwszym wąsem.
  • Ach, więc zakochany! – wykrzykiwał doktor Słowo, nie czekając na ciąg dalszy.

Nieodmiennie obdarzano go zaskoczonym, pełnym pomieszania spojrzeniem.

  • Mój drogi przyjacielu, nie należy się tak przejmować, a już tym bardziej nie wypada się dziwić mojej wiedzy. Takich jak ty leczę od lat. Było ich już u mnie więcej, niźli ty przeżyłeś dni. Więc ładna?
  • Piękna…
  • I z dobrego domu?
  •  
  • Skromna?
  • Ze wszystkich najskromniejsza.
  • Więc w czym problem, mój przyjacielu?
  • Zaręczona z młodzieńcem o nazwisku znacznie przewyższającym moje. W dodatku bogatym. Świeżo mianowanym podporucznikiem.

Doktor Słowo słuchał uważnie, jakby historia młodego kochanka była pierwszą w jego karierze, jak gdyby nigdy wcześniej nie odwiedzali go zakochani chłopcy, szukający sposobu na uwiedzenie zaręczonej już panienki. Jak zwykle uśmiechał się tym swoim enigmatycznym uśmiechem, na poczekaniu układając plan terapii.

  • Czy da się coś z tym zrobić? – pytano.
  • Ależ oczywiście, oczywiście. Przepiszemy balladę. Albo nie, sonecik! Panienka zapewne świeża, niewprawiona, sonecik będzie idealny. Wpadnij do mnie, mój chłopcze, jutro z samego rana, recepta będzie na ciebie czekać.

I jak zwykle przyszedł czas na podziękowania, zapewnienia o dozgonnej wdzięczności, które powtarzano w dniu, na jaki wyznaczone odebranie kwitka i – jeszcze gorliwiej – gdy lek zaczynał działać.

 W ciągu dnia doktor Słowo nie miał czasu na wypisywanie recept – tylu miał interesantów. Przychodziły damy, szukające sposobu na zyskanie miana najgłośniejszego i najbardziej opiniotwórczego salonu w kraju, mężowie regularnie zdradzający żony, pragnący otrzymać przebaczenie swoich słabości, panienki ze swymi po raz pierwszy roztrzepotanymi serduszkami, staruszki, o których zapomniały i dzieci, i wnuki, wątpiący księża, zakochane zakonnice, skruszeni przestępcy, lekarze, którym wytoczono procesy. Cała feeria dusz zbłąkanych, zgubionych, na skraju przepaści. A doktor Słowo słuchał wszystkich jednako uważnie, z takim samym, niesłabnącym zainteresowaniem.

 A wieczorem, po zachodzie słońca, gdy zamykał drzwi za ostatnim petentem, obracając tabliczkę z Zajęte na Zamknięte, by rano znów ją obrócić na Otwarte, siadał za swym pięknym biurkiem – jedyną powierzchnią wolną od książek – przeglądał listę przyjętych, po raz kolejny zapoznawał się z datami, na które zobowiązał się przygotować recepty, wyjmował ryzę drogiego, czerpanego papieru, maczał czarne pióro w kałamarzu i zaczynał pisać.

 Ach, jak on pisał! Erotyki tak płomienne, że mogły rozpalić nie jedno serce, a dziesiątki; z rymami tak doskonałymi, iż skraplały dumę nawet najoporniejszych panien. Mowy tak żywe, jakby pochylał się nad nimi sam Cycero, z argumentami trafnymi i okraszonymi humorem, apostrofami w najczulszych punktach. Fantastyczne ballady, w których dobro zawsze zwycięża, a występek spotyka najsroższa kara, libretta dla oper, jakich nie znały sceny Paryża czy Petersburga, a do tego wierszyki, miniatury literackie, powiastki filozoficzne, baśnie i bajki – wszystko wspaniałe, doniosłe, zabawne lub romantyczne, sprośne lub subtelne, w zależności od potrzeby, potrafił napisać wszystko, zaczarować słowami cały świat, uprząść najpiękniejsze porównania i metafory, zapleść najdoskonalsze rymy, antytezami przykuwał uwagę, epitetami odbierał głos. Na jego usługach były wszystkie środki stylistyczne, nie było słowa, którego by nie znał, nie było rozwiązania, o jakim by nie czytał. Wiedział, że ludzkie serce odmienić można tylko słowem i właśnie tym się parał.   Kończył tuż przed świtem, składając na jedną kupkę recepty już wypisane, a na drugą te, które należało jeszcze dokończyć lub dopracować. Nie zdarzyło się, by nie dotrzymał terminu. Był człowiekiem nader punktualnym i dlatego właśnie, gdy zostawało mu jeszcze trochę czasu do świtu, sięgał po którąś ze swoich książek – czynił to na chybił-trafił, bowiem wszystkie je już znał i czytał po wielokroć. Na lekturze skupiał się do pierwszego brzasku, po czym przekręcał tabliczkę na drzwiach, siadał za biurkiem i czekał na pierwszy śpiew cynowego dzwonka.

 Kiedy doktor Słowo sypiał – nie wiadomo. Czy coś jadł? Pożerał książki, nieprzebraną ilość książek i wydaje się, że to mu wystarczało. Czy mu płacono? Na regale obok drzwi leżała puszka, do której klienci wrzucali „co łaska”. Na brak pieniędzy narzekać nie mógł, bo wdzięczność w przypadku niektórych z jego gości nie znała granic. Płacono mu we wszystkich walutach, od paru miedziaków po całe rulony świeżo wydrukowanych banknotów. Większość rozdawał, resztę przeznaczał na książki i czerpany papier.

         Recepty wydawał o poranku, rozdysponowując ostatnie instrukcje.

  • I pamiętaj, moja droga, lek należy dawkować po jednym rozdziale raz na dzień i ani słowa więcej!
  • Lek jednokrotnej recytacji. Po skorzystaniu spalić!
  • Czytaj to zawsze w chwilach zwątpienia, przyniesie ulgę, zapewniam… I wszystkie jego poręczenia zawsze się sprawdzały, przynosiły oczekiwany rezultat. Dlatego doktor Słowo zawsze miał pełny kałamarz roboty. Nikogo nie wyganiał, nie było osoby, której by odmówił. Nawet jeśli należało czekać kilka tygodni, miesięcy lub nawet lat, bo wciąż natrafiało się na drzwiach na tabliczkę Zajęte, przychodził moment, gdy staruszek i od takiego delikwenta odbierał płaszcz z kapeluszem, wieszając je na gwoździu. Zdarzało się, iż tacy pacjenci mieli wówczas już zupełnie inny problem, aniżeli pierwotnie, zawsze jednak wychodzili z pracowni zadowoleni.

 Mawiano, że doktor Słowo tylko raz w życiu odniósł porażkę. Zdarzyło mu się napisać pieśń świtu, poemat w stylu miłości dworskiej. Kiedy recytował z rozedrganej od rozedrganych rąk kartki, głazy roniły łzy, a trawa pochylała swe źdźbła od brzemienia piękna. Jedna jedynie panna, której wiersz był dedykowany, pozostała niewzruszona na to liryczne westchnienie. Choć urocza, pozbawiona była wrażliwej duszy, nie było w niej ani jednej struny, za którą można byłoby szarpnąć, budząc do życia dźwięk czysty i słodki. Doktor Słowo miał odejść spod balkonu, uznając, iż słowa są na jego usługach, ale nigdy nie będą służyć jego sprawie. Tego dnia miał przyjąć pierwszego klienta – chłopca zalecającego się do tej samej panny, którą ostatecznie zmiękczył zgrabnie skreśloną imitacją aktu małżeństwa – rzeczą racjonalną, pozbawioną ducha poezji. Tych dwoje pobrało się niedługo potem, a mąż uroczej panny zdradzał ją przez pięćdziesiąt następnych lat.

 Czasem do historii o świetlikach dodawano wzmiankę, że doktor Słowo podczas zarzucania srebrzystej żyłki recytuje pamiętną pieśń świtu. Ten szczegół pobudzał dla odmiany wyobraźnię dziewczynek, które marzyły o chłopcu, potrafiącym wzruszać głazy i przyginać do ziemi źdźbła traw. Ale dziewczynki też zasypiały, nim księżyc wzeszedł albo przyłapywali je rodzice, zaganiając z powrotem do łóżek. I tak nigdy nie potwierdziła się ani opowieść o świetlikach, ani wygłaszaniu poematu.

 A doktor Słowo wciąż przewracał tabliczkę na swoich drzwiach, nieodmiennie przyjmował petentów, uczył ich wierzyć w cuda i w poezję. Opowiadano o nim najwymyślniejsze historie, choć nie potrafiono żadnej z nich potwierdzić. I nikt, absolutnie nikt nie wiedział, iż człowiek, który potrafi napisać wszystko, którego słowa słuchają, jakby był ich jedynym ojcem-stwórcą, jest najnieszczęśliwszym z ludzi. Doktor Słowo w istocie był najbardziej zrozpaczonym mężczyzną na świecie, płakał często, a uronione łzy przelewał do swego kałamarza. I choć chory ze smutku, z sercem roztkliwionym słowami, nie znalazł na świecie lekarza, który mógłby wypisać mu stosowną receptę.

***

Paweł Kamiński

Malarz, znawca literatury i sztuki, krytyk, pisarz, diarysta, a także żołnierz – tak określić można w kilku słowach Józefa Czapskiego. Jeden z wielkich zapomnianych właśnie zyskał swoje drugie życie. Muzeum Narodowe w Krakowie pod koniec kwietnia otwarło nowy oddział w całości poświęcony życiu i twórczości artysty – Pawilon Czapskiego. IMG_7691

Urodził się w Pradze 2 kwietnia 1896 roku, umarł  12 stycznia 1993 w Maisons-Laffitte pod Paryżem stając się podczas swojego prawie stu letniego życia świadkiem największych tragedii minionego wieku, a także przemian ustrojowych naszego kraju. Pomimo artystycznej duszy był również, co się rzadko zdarza, oficerem Wojska Polskiego i kawalerem Orderu Virtuti Militari. Życie młodego Czapskiego można określić jako nieustającą walkę wewnętrzną. Studia prawnicze na uniwersytecie w Piotrogrodzie przerwał, zaciągając się w 1917 roku do wojska, by niebawem zwolnić się z niego w poczuciu, że chrześcijanin nie może brać udziału w wojnie.  Po powrocie do Polski, studiował na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, lecz wkrótce zwrócił się byłych przełożonych z prośbą o ponowne przyjęcie w szeregi wojskowe. Podczas wojny polsko-bolszewickiej walczył czynnie na froncie. Po wojnie wrócił kolejny raz na studia, tym razem do pracowni Józefa Pankiewicza w Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, skąd potem wyjechał do Paryża. 27 września 1939 roku trafiał do obozów w Starobielsku, Pawliszczew Borze i Griazowcu. Po amnestii w 1942 roku został zwolniony i wstąpił do Armii Andersa, by przez kolejne lata, aż do swojej śmierci walczyć o prawdę zbrodni katyńskiej.

IMG_7663

Czapski podczas swojego pobytu w Paryżu po wojnie bolszewickiej w 1923 roku współzałożył tzw. Komitet Paryski, przez lata malując, poznając tamtejszą literaturę i sztukę. Malował portrety, pejzaże, wnętrza, sceny miejskie, przywiązując większą wagę do konstrukcji obrazu niż inni kapiści. Andrzej Wajda mówi o nim: „Czapski miał dar szczególnego widzenia świata, chwytania obrazu i zatrzymania go na płótnie. Takie są jego paryskie widoki z metra, muzeów, z kawiarni i barów. Czapski przyglądał się światu z taką uwagą, że wtapiał się w obraz jakby był jego częścią”. W Armii Andersa poznał Jerzego Giedroycia, założyciela Instytutu Literackiego, z którym współredagował później paryską „Kulturę” – jedno z najważniejszych pism polskiej emigracji po II wojnie światowej.

IMG_7666

Pawilon Czapskiego to nie tylko miejsce opowiadające o życiu jednego człowieka, ale także historia XX wieku. Sala na pierwszym piętrze to zbiór dzieł artysty, gdzie prezentowane są obrazy, ale także dzienniki, w których Czapski równie często szkicował.

IMG_7682Drugie piętro to stała ekspozycja, której scenografię stworzyła Krystyna Zachwatowicz, przyjaźniąca się przed laty z artystą. To dzięki jej inicjatywie można teraz podziwiać w Pawilonie zrekonstruowany pokój malarza z siedziby paryskiej „Kultury” w domu Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte. Dalsza część wystawy to historia życia Czapskiego. Multimedialne panele prezentujące fragmenty filmów uzupełnione, są fragmentami twórczości oraz dzienników artysty. Pawilon z założenia ma służyć pracy i studiom nad fenomenem życia i dzieła Józefa Czapskiego, dlatego też na parterze urządzono czytelnię i podręczną bibliotekę zawierającą księgozbiór związany tematycznie z artystą, w lekturze której można zanurzyć się w kawiarence w stylu paryskim.

Muzeum Narodowe w Krakowie planuje organizować m.in. lekcje muzealne, szkolenia dla nauczycieli, wykłady, warsztaty, kursy, debaty, oprowadzanie tematyczne, a wszystko to, aby pamięć o wybitnym artyście jakim był Józef Czapski nie ustała wśród przyszłych pokoleń Polaków.

*********************************************************************************************

Mateusz Napiórkowski

„Film, muzyka, filmowość muzyki”

Każdy widz, czy to oglądający swój ulubiony film, czy serial, wyczulony jest na konkretny element dzieła filmowego, poprzez który interpretuje, czy też po prostu wczuwa się w opowiadaną historię. Choć sztuka filmowa kładzie nacisk przede wszystkim na sferę wizualną (najpierw pojawiła się potrzeba wprawienia obrazu w ruch, a dopiero potem kwestia udźwiękowienia jako ważnego elementu filmu), to nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach film jest dziełem audiowizualnym. Należę do grupy osób, którym dużo bliżej do odczuwania dzieła poprzez sferę dźwiękową, niż poprzez obraz (albo inaczej – poprzez sam obraz). Nie potrafię cieszyć się z dobrze nakręconego filmu, gdy mam do czynienia z kiepską, nieadekwatną do wizualnej strony dzieła muzyką. Muzyka to „dusza” filmu – choć nie zwracamy na nią często uwagi, to ona tam jest, czeka tylko, by wyjść w tym najważniejszym momencie. Nie zwracamy na nią uwagi, ale podświadomie to ona właśnie wpływa na to, jak postrzegamy film jako całość. Muzyka będzie tworzyła klimat, będzie narzędziem do zdynamizowania scen, albo wprost przeciwnie. Może zostać wykorzystana na zasadzie opozycji do tego, co dzieje się na ekranie, może też być na tyle subtelna, że po wyjściu z kina nie będziemy o niej pamiętali (albo zaśniemy na projekcji – to druga strona medalu, jednak w takim przypadku zazwyczaj wtóruje jej „adekwatna” strona wizualna i kiepska historia). Mówimy tu jednak o samej muzyce, a dźwięk w filmie to nie tylko skomponowana na jej potrzeby ścieżka dźwiękowa, ale również wszelkiego rodzaju efekty dźwiękowe, szumy, dialogi bohaterów, a nawet … cisza. Cisza jest ważna – każdy muzyk to poświadczy, ponieważ każdy w pewnym momencie swojego życia zda sobie sprawę, że pauzy w utworze muzycznym są równie ważne, jak same dźwięki (a czasami nawet ważniejsze). Pauzy rytmizują warstwę dźwiękową, a zestawione z odpowiednimi scenami potrafią spotęgować napięcie.

Wróćmy jednak na chwilę do muzyki komponowanej na potrzeby filmu. Dużo się mówi na temat „muzyki filmowej” jako odrębnego gatunku. Ale gdy przychodzi co do czego, to naprawdę trudno jest znaleźć jakiekolwiek wyznaczniki czysto muzyczne, które w pełni pozwalałyby nam powiedzieć – „o, to jest muzyka filmowa”.  Po pierwsze – muzyka filmowa, już sama w sobie jest mocno zróżnicowana, mamy przecież do czynienia z licznymi gatunkami filmowymi, które wykorzystują muzykę  na swój własny sposób. Po drugie – wśród kompozycji muzyki dawnej można wskazać takie, które idealnie nadawałyby się do filmu. Przykład pierwszy z brzegu – Alla Marcia z Suity Karelia Jeana Sibeliusa. Dość popularny „kawałek”, goszczący często na antenie RMF Classic. Postanowiłem przeprowadzić test – poprosiłem kolegę niezbyt orientującego się w muzyce klasycznej by powiedział, z czym mu się ten temat kojarzy (nie dałem żadnych podpowiedzi). Pierwsza odpowiedź – „trochę taki Indiana Jones”. Nie można odmówić mu racji – odnajdziemy w tym utworze motywy, struktury rytmiczne, czy orkiestrację bardzo podobną do tej z twórczości Johna Williamsa… ale suita ta oczywiście nie została stworzona na potrzeby filmu (choć w niektórych filmach czy serialach jest wykorzystywana). Można tu wspomnieć o innych kompozytorach, na których wzorują się współcześni twórcy muzyki filmowej, takich jak: Dvorak, Debussy, Czajkowski czy Wagner. Nie da się ukryć, że ich kompozycje wykorzystywane są często  i gęsto w twórczości filmowej, przykład: wagnerowski Cwał Walkirii w Czasie Apokalipsy. Nie ma wyznaczników czysto muzycznych przyporządkowanych tylko i wyłącznie muzyce sztuki filmowej… a jednak potrafimy wyczuć, że dany utwór jest filmowy. Więc jak to jest z tą filmowością? Filmowość muzyki jest czymś trudnym do uchwycenia, generalnie potrafimy wskazać taką muzykę na podstawie naszych własnych przeżyć, skojarzeń, tego, jakie emocje ta muzyka w nas wywołuje. Ale będzie to wynikało przede wszystkim z tego, jak my ją odbieramy. Będzie to zapewne „chwytliwa” melodia, odpowiedni rytm i tempo, ale cechy te znajdziemy również w kompozycjach nie przeznaczonych do filmów. Zatem muzyka filmowa będzie nią przede wszystkim dlatego, że… występuje w filmach. To banał, ale muzykę będzie definiować to, jaką rolę pełni. Bardzo podobną sytuację do muzyki filmowej przedstawia sobą muzyka z gier komputerowych. Też tworzona przez profesjonalnych kompozytorów (przykład: Hans Zimmer kompozytorem muzyki do Call of Duty – kto by pomyślał?), muzyka ta musi obrazować pewne sceny, więc też ma charakter narracyjny, choć to, że gra działa tak, jak my chcemy, wymusza na muzyce pewne uproszczenia, zapętlenia itd. Ale znowu trudno nam będzie powiedzieć konkretnie, co takiego „growego” jest w tej muzyce. Nie da się ukryć, że muzyka filmowa i muzyka z gier komputerowych cieszą się obecnie dużą popularnością. Stąd takie ciekawe inicjatywy, jak Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie. Muzyka z gier w świadomości publiczności bardzo mocno zakorzeniona jest właśnie w muzyce filmowej. W tym roku wydarzeniem festiwalu Tofifest, był występ amerykańskiego kompozytora muzyki do gier z serii Heroes of Might and Magic, Paula Romero. Choć ściągnął on na widownię przede wszystkim graczy (stereotypowych, nieuczesanych okularników – żeby nie było, mówię tu też o sobie) to nie mam wątpliwości, że koncert doskonale wpisał się w tegoroczny festiwal. Status muzyki z gier, jak i samych gier komputerowych, zmienia się powoli z rozrywki niszowej, przeznaczonej dla młodszych odbiorców do bardziej powszechnego zjawiska – proces ten trwa już jakiś czas i będzie trwał jeszcze długo, zapewne do momentu, w którym „ogół” uzna gry za jedną z gałęzi sztuki na równi z filmem, czy z muzyką.

Tak jak wspomniałem wcześniej muzyka w filmach może pełnić różne role. Weźmy na przykład muzykę z najnowszej części Mad Maxa (w moim odczuciu jednego z najlepszych filmów akcji ostatnich lat). Generalnie nie wyróżnia się ona niczym specjalnym.  Nie jest bardzo melodyjna, po wyjściu z kina raczej o niej nie pamiętamy (wiem co mówię – w końcu byłem na filmie trzy razy). Z drugiej jednak strony, doskonale wkomponowuje się w dynamiczne sceny, stanowi integralny element całości obrazu. Warto wspomnieć również o zwariowanym gitarzyście, który jest jednym z antagonistów Maxa – grając na gitarze zagrzewa towarzyszy do walki (na myśl przychodzi wspomniany już przeze mnie Cwał Walkirii z Czasu Apokalipsy czy muzyka towarzysząca atakowi czołgów prosto z filmu Złoto dla zuchwałych). Na zupełnie przeciwległym biegunie (zarówno pod kątem filmu, jak i samej muzyki) można by postawić… Pana od muzyki (również jeden z moich ulubionych filmów, choć w zupełnie innej kategorii „wagowej”). Muzyka stworzona przez francuskiego kompozytora Bruno Coulaisa doskonale wpasowuje się w prezentowane sceny (bardzo często nawet dominuje nad obrazem), pozostaje z nami na długo po samym seansie filmowym. Jest to muzyka w pełnym tego słowa znaczeniu – tworzona na potrzeby filmu, a jednak mająca rację bytu nawet poza nim. Nic dziwnego, że jest bardzo popularna na RMF Classic – film zdobył dwie nominacje do Oscara (w tym za najlepszą ścieżkę dźwiękową) oraz dwa Cezary właśnie za dźwięk. Choć te dwa filmy to przykłady zupełnie skrajne i może dziwić ich zestawienie, to jednak mają one elementy wspólne, bo występują w nich pewne elementy „autotematyczności” muzyki – w tym pierwszym przypadku bohater-gitarzysta, w drugim zaś, cały film opiera się na muzyce komponowanej przez tytułowego „Pana od muzyki”. To tylko dwa przykłady, można by ich wymienić znacznie więcej, ale po pierwsze, nie mam na to tyle miejsca, a po drugie w gąszczu filmów można się łatwo pogubić i niestety – trzeba się na coś zdecydować.

Zapewne niewielka część osób chodzących do kina, zwraca uwagę na muzykę przy okazji filmów takich jak Mad Max – nie ma się co dziwić, na ekranie dzieje się tak wiele i w takim tempie, że muzyka staje się tylko jakimś podświadomym tłem do ogromu zdarzeń prezentowanych na ekranie. Ale ja zwróciłem uwagę i zapewne nadal będę zwracał na to uwagę – ponieważ tak właśnie odczuwam filmy. I jest to dla mnie całkiem naturalne, ponieważ każdego ranka najpierw słyszę dźwięki, a dopiero potem… otwieram oczy.

                                                                                     ***

Paweł Kamiński

Rok Beksińskiego?

Rok 2016 ma kilku patronów: kompozytora, dyrygenta, autora muzyki do Roty – Feliksa Nowowiejskiego, pierwszego Polaka uhonorowanego Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury – Henryka Sienkiewicza, którego 170. rocznicę urodzin i 100. śmierci, będziemy obchodzić w tym roku, natomiast Polska Akademia Filmowa ogłosiła Rok Kieślowskiego, którego 20. rocznica śmierci minęła 13 marca. Patronem roku w dziedzinie malarstwa śmiało można ogłosić Zdzisława Beksińskiego.

Zamordowany w 2005 roku artysta od kilku lat jest jednym z najbardziej znanych malarzy naszych czasów. Ze świecą szukać wśród młodych ludzi takich, którzy twórczości Beksińskiego nie znają i nie lubią. Zainteresowanie postacią artysty zaczęło wzrastać w 2014 roku, kiedy to Małgorzata Grzebałkowska wydała książkę poświęconą Tomaszowi i Zdzisławowi Beksińskim: Beksińscy. Portret podwójny. Autorka podczas ostatniej edycji festiwalu Conrada w Krakowie przyznała, że praca nad książką dotyczącą niedawno zmarłych postaci, odkrywanie ich tajemnic oraz wybór pomiędzy godnymi do opublikowania a nieistotnymi faktami – co stawia biografa w roli sędziego – nie jest łatwe.

Rok po książce Grzebałkowskiej pojawiły się na rynku Opowiadania Zdzisława, które stanowią zbiór opowiadań napisanych w przeciągu dwóch lat pół wieku temu, a media obiegła informacja o powstaniu filmu o „przeklętej” rodzinie z podkarpacia. Reżyser Jan P. Matuszyński podjął się sportretowania życia Beksińskich od 1977 roku, kiedy to wyprowadzili się z Sanoka do Warszawy, podkreślając ważność realizmu jaki chce zawrzeć w swojej produkcji pod wymownym tytułem: Ostatnia rodzina. Efekty pracy poznamy 7 października, a w rolach głównych wystąpią Andrzej Seweryn i Dawid Ogrodnik.aktor i oryginał

2b

Do premiery filmu zostało jeszcze kilka miesięcy, póki co Fundacja Beksiński zorganizowała serię wystaw zatytułowaną Beksiński Nieznany, na którą składa się blisko sto mało znanych prac fotograficznych, grafik modyfikowanych komputerowo i fotomontaży. Jedna z wystaw miała miejsce w Krakowie w dniach 18 – 23 marca w Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. Odwiedzając galerię można było nie tylko zobaczyć pracę sanoczanina, ale także porozmawiać z ludźmi, którzy znali osobiście Beksińskich, niejednokrotnie przyjaźniąc się z rodziną. Wśród zwiedzających można było usłyszeć głosy rozżalenia wynikające z braku obrazów artysty, gdyż jak widomo cieszą się one największym zainteresowaniem. Nienasyconym pozostaje podróż do pięknego Sanoka, gdzie można zobaczyć kolekcję sześciuset dzieł Beksińskiego.

Wydarzeniu towarzyszył prototypowy projekt De Profundis umożliwiający oglądającemu przekroczenie ramy obrazu i wkroczenie w głąb kilku najbardziej znanych dzieł artysty. Widzowie otrzymują okulary VR, które oddzielają ich od otoczenia pozwalając wkroczyć w mroczną, pełną tajemnicy i niepokoju przestrzeń obrazów Beksińskiego. Obraz 3D buduje wrażenie kroczenia przez świat wykreowany przez malarza, dając możliwość rozglądania się i oglądania otaczającej nas przestrzeni. Emocje potęguje muzyka oraz dźwięki otoczenia czyniąc doświadczenie jeszcze bardziej realistycznym. Kilkuminutowy pokaz powoduje wrażenia, wręcz niemożliwe do opisania, a efekt wejścia do kołyski znajdującej się na jednym z obrazów potęguje wrażenie tajemnicy zamkniętej w twórczości artysty.

Czy to Rok Beksińskiego? Bez wątpienia. Jestem skory stwierdzić, że mamy nawet do czynienia z latami, z czasem artysty. Zanim wybierzemy się do kina na Ostatnią rodzinę, przeczytajmy Portret podwójny i Opowiadania. Gdyby tego było mało, polecam zagłębić się w świeżo wydane dzienniki/rozmowy (Beksiński – dzień po dniu kończącego się życia) Zdzisława Beksińskiego, gdzie możemy się spotkać z artystą, a także można zarezerwować bilety do Sanoka lub Rzeszowa, by poznać nieznanego Beksińskiego. Dla uważających Sanok za „koniec świata” polecam oczekiwanie na powstającą stałą wystawę prac artysty w Krakowie.

beksiński

                                                                                    ***

Wojciech Jasiński

 

Wino, kobieta i duch (rzecz o filmie Dariusza Jabłońskiego „Wino truskawkowe” – na podstawie prozy Stasiuka).

 

            Zaadaptowanie prozy Andrzeja Stasiuka na historię filmową wymagało prawdziwej ekwilibrystyki. Szczęście Dariusza Jabłońskiego polegało na tym, że w pracy nad scenariuszem pomagał sam autor Opowieści galicyjskich.

            Dokonanie zmian było oczywiste i nieuniknione. Pierwszoosobowy narrator, utożsamiony ze Stasiukiem, został przekształcony w postać Andrzeja. Transformacja nawiązała do oryginału samą fizjonomią Jiříego Macháčka, który zagrał głównego bohatera. Jedne wątki pominięto, inne zostały skondensowane.

            Policjant ucieka z Warszawy przed traumą i wspomnieniami. Trafia do wsi Żłobiska w Beskidzie Niskim, która wydaje się być oderwana od rzeczywistości. W miejscu, gdzie wspomnienie PGR-u wywołuje tęskne spojrzenie za minionymi czasami, wciąż mocno funkcjonuje tradycyjny pogląd na świat. Główny bohater poznaje kolejne osobowości zamieszkujące wioskę, zakochuję się w miejscowej piękności. Stagnacja i spokój zostają zachwiane, kiedy w knajpie zostaje popełnione morderstwo z zazdrości. Jednocześnie chwilową harmonię traci życie głównego bohatera – dziewczyna, w której się zakochał wychodzi za innego. Wydarzenia sprawiają, że Andrzejowi przestaje być „wszystko jedno”. Angażuje się w życie mieszkańców i wtapia się w nią. Morderca, który wyszedł na przepustkę, wykluczony ze społeczności, ucieka do lasu i zamarza. Od tej chwili będzie pojawiał się jako duch, a zobaczyć może go tylko Andrzej. Zazdrość po raz kolejny da o sobie znać, kiedy ukochana głównego bohatera zostaje zabita. Jedyną osobą, która zna zabójcę jest błąkająca się po wsi dusza Kościejnego. Za wyjawienie tajemnicy żąda odprawienia mszy w swojej intencji. Tak w skrócie można zarysować fabułę Wina truskawkowego. Schemat przedstawiony przez Todorova zostaje złamany. Stan równowagi zostaje zachwiany jeszcze przed sjużetem obserwowanym na ekranie – główny bohater ucieka przed wspomnieniami o zmarłej żonie i córce.

            Już czołówka zdradza charakter opowieści. Podczas kiedy na czarnym tle pojawiają się nazwiska twórców, z offu dochodzą dźwięki i dialogi pochodzące z archiwum NASA. To materiały z lądowania Amerykanów na księżycu. Po rozjaśnieniu rozmowa astronautów cichnie, widzimy ujęcie lotnicze, kamera podąża za autobusem, który przemieszcza się po drodze. Dookoła tylko pola i lasy. Do uszu widza dochodzi charakterystyczny szum, trzepot wiatru, który w filmie pojawi się jeszcze kilka razy. Oprócz tego, że będzie pełnił formę przebitki, twórcy postanowili nadać mu jeszcze głębsze znaczenie, o którym później. Sama czołówka, korelująca ze sobą dwa pozornie nie związane wydarzenia: lądowanie na księżycu i podróż policjanta z Warszawy na prowincję (główny bohater znajduje się w autobusie), dużo mówi o przestrzeni w jakiej Andrzej będzie musiał się odnaleźć. Pomarańczowy „pekaes”, niczym księżycowy lądownik, transportuje bohatera w nieznane. Rzeczywistość z jaką mierzy się Andrzej po wyjściu z autobusu przypomina odrobinę gabinet figur woskowych. Pijany Janek i Zalatywój jakby zastygli. Stagnacji uległa właściwie cała wioska, o czym bohater przekona się później.

            Zderzenie dwóch światów doskonale widać w jednej z kolejnych scen, podczas której Kościejny oprawia zabitą owcę. Naturalizm wyjęty z obrazów Bacona uderza w widza. Naprzeciw siebie staje przybysz (przybiera rolę podglądacza/obserwatora) i miejscowy. Pomiędzy nimi owca obdarta ze skóry, której wyjmowane są wnętrzności, a także przyszła ofiara Kościejnego – Wasylczuk.

Do tej sceny nawiązuje scena samego zabójstwa. Oszołomiony alkoholem Wasylczuk siedzi w knajpie. Pusty wzrok, obojętność, nadają wyrazowi jego twarzy nieco zwierzęcy rys. Wygląda niczym owca prowadzona na rzeź, owca którą wcześniej oprawiał Kościejny.

 

 

            Sceną doskonale oddającą stosunki społeczne panujące w Żłobiskach, do których przybywa „obcy”, jest fragment, w którym traktorzysta Janek próbuje sforsować drzwi knajpy. Wewnątrz tańczy miejscowa femme fatale – Lubica. Kobieta wzbudza pożądanie właściwie całej męskiej części wsi. Traktor Janka wyposażony w gąsienice, dymiący, furkoczący, wyraża męską siłę, popęd, podniecenie, chęć zdobycia kobiety. Maszyna staje, a Janek zostaje z niej wyciągnięty przez sierżanta. Kobieta wychodzi i triumfalnie staje na rozgrzanej maszynie. To ona jest zwyciężczynią, zebrani wkoło mężczyźni mogą tylko patrzeć na nią, wznosząc wzrok. Deszcz (woda, powiązana z kobietą w myśleniu społeczeństw tradycyjnych) spada na wszystkich chłodząc nastroje. Lubica odchodzi w dziewczęcych podskokach.

Innym razem, przy wodospadzie, objawia się Andrzejowi prawie jak anioł. Mężczyzna przewrócił się na macewy, służące za przeprawę przez rzekę, przestraszony nagłym pojawieniem się pięknej Słowaczki. Spogląda w górę. Nad nim stoi Lubica otoczona słoneczną poświatą. Dochodzi pomiędzy nimi do zbliżenia. Łączą się siły życia i śmierci. Ciepłe światło, energia wodospadu podkreślają witalny wymiar sceny. Topolowy puch wypełniający powietrze przypomina pianę, którą wcześniej dziewczyna myła kiosk, jak się okaże, swoje przyszłe miejsce pracy.

 

 

            Scenę, w której Kościejny zmusza konie do katorżniczej pracy także można potraktować symbolicznie. Mężczyzna mierzy się ze swoim gniewem i chęcią zemsty na Wasylczuku. Być może próbuje ujarzmić emocje. Kilka scen wcześniej widzimy go w zupełnie innej sytuacji – obmywa własnymi łzami pokaleczone ciało zwierzęcia. Warto zaznaczyć, że odbywa się to w nocy. Kościejny zdaje się prowadzić wewnętrzną walkę z samym sobą. Jego żona mówi o nim, że żyje jak wilk, przebywając w lesie długi okres czasu, spędzając dnie na wycinaniu drzew, zwożeniu drewna. Oprócz bezpośredniego skojarzenia z zabójstwem Wasylczuka, który został zamordowany jak owca, wilk odsyła do ujęcia, w którym pozostawiony sam sobie Kościejny ucieka w stronę drzew. Wydarzenie to ma miejsce w wieczór wigilijny. Chwilę wcześniej mężczyzna niczym duch zagląda w okno domu Lewandowskiego, w którym przebywają gospodarz, Andrzej, Janek i Zalatywój. Odchodzi w ciemność, ucieka od społeczeństwa, które przestało go akceptować, bo zburzył porządek. Można postawić także tezę, że już umarł sposób duchowy. Biegnie, by pomiędzy drzewami spotkać śmierć.

            Cały czas blisko śmierci znajduje się też główny bohater. W Żłobiskach zdarza mu się widywać ducha córki. Znacząca jest scena na cmentarzu. Zimą bohater udaje się na groby żony Lewandowskiego i Wasylczuka. Jeden z trzech zniczy, które kupił w kiosku, dostał od Lubicy, która, jako mężatka, nie może się już z znim spotykać. Bohater, po zapaleniu dwóch ze zniczy na grobach zmarłych, trzeci, ten od ukochanej, stawia przed sobą. On też ponosi symboliczną śmierć.

            Wiosną dochodzi do innego zdarzenia, które odsyła do chwil spędzonych z Lubicą nad rzeką. Andrzej spada z roweru, z powodu przebitego koła. Upada pod kwitnącą jabłoń. Związek ze sceną, podczas której przestraszony przez dziewczynę przewraca się na jedną z macew rozłożonych w potoku jest mocno dostrzegalny. Bohater patrzy do góry. Tym razem zamiast Lubicy otoczonej promieniami słońca, w białej sukience, widzi białe kwiecie jabłoni. Drzewo symbolizuje tu miłość, a może nawet współżycie seksualne.

            Jednym z motywów pojawiającym się w filmie kilka razy jest plamka krwi. Pierwszą widać na ręczniku, którym wytarł się Kościejny po oprawieniu owcy i obmyciu się. Logika podsuwa, że to krew zwierzęcia, która została ominięta podczas ablucji, jednak kiedy mężczyzna wychodzi z knajpy, w której zabił człowieka, którego podejrzewał o romans z żoną, na jego koszuli ponownie widzimy kropelkę krwi. Kiedy Kościejny umrze, właśnie ta koszula, z charakterystycznym znakiem będzie częścią jego ubioru. Krew staje się znakiem zadanej śmierci, najpierw owcy, teraz Wasylczukowi. Jednocześnie odnosi do ofiar, które śmierć poniosły. Kiedy dużo później Lubica zostaje zamordowana, na prześcieradle, którym zostało przykryte jej ciało, także widzimy kropelkę krwi. Tylko kroplę, małą plamkę, subtelny symbol poniesionej rany.

            Scena zabójstwa Wasylczuka jest pierwszym momentem zwrotnym w filmie. Z jednej strony morderstwo zaburza społeczny porządek w Żłobiskach, z drugiej zachwiana zostaje harmonia głównego bohatera, gdyż w tym samym momencie, za sprawą równoległego montażu, obserwujemy też Lubicę w białej sukni i welonie z motylami, która wraz z dorobkiewiczem Edkiem zamierza zawrzeć związek małżeński. Szybkie cięcia, żonglowanie ujęciami przypominają teledyskowy montaż atrakcji. Bardzo ekspresyjna, ukraińska pieśń towarzysząca obrazom wzmaga emocje. Dodatkowo pojawiają się ujęcia z kranu. Kolejno obserwujemy: żonę Kościejnego, która upuszcza wiadro z wodą, sierżanta (nie wykorzystano tu kranu) i księdza. Każda z postaci patrzy w górę, kobieta i duchowny patrzą nawet wprost w obiektyw. Nie dowiadujemy się się co znalazło swoje miejsce w przestrzeni pozakadrowej. Przypomnieć należy tu czołówkę, w której obserwowaliśmy jadący autobus, a także wiele innych zdjęć lotniczych wykorzystanych w filmie. Kamera wydaje się być niesiona przez wiatr, który może odnosić do rzeczywistości transcendentnej. Symbolizować może gwałtowność i zniszczenie, ale także sprawować rolę pośrednika pomiędzy niebem a ziemią. Wypuszczenie wiadra z rąk, przez żoną Kościejnego, spowodowane przestraszeniem się czymś, czego zobaczyć nie możemy, daje poczucie pełnej interakcji z nadprzyrodzonością, która zdaje się omiatać miejscowość. Dość przypomnieć, że w historii nie raz mamy do czynienia z duchami zmarłych.

            Motyle znajdujące się między innymi w welonie Lubicy są kolejnym motywem pojawiającym się w filmie kilkukrotnie. Za każdym razem są związane z postacią dziewczyny: ozdabiają kiosk, w którym pracuje, kształt owada posiada broszka podarowana jej przez Andrzeja, Lubica przegląda album im poświęcony. Zwierzę symbolizuje swobodę, beztroskę, lekkomyślność, szczęście, wszystkie te cechy można dziewczynie przypisać.

Twórcy przeciwstawiają motylowi innego owada – pszczołę, a właściwie pszczoły, które odpowiadają reszcie społeczność zamieszkującej Żłobiska. Pracowitość, porządek, wstrzemięźliwość są cechami będącymi w opozycji do postawy życiowej Lubicy. Rozmowie księdza i sierżanta dotyczącej zaburzenia harmonii wewnątrz mikroświata Żłobisk, towarzyszy rój owadów obsiadających popielniczkę. Jedne z najbardziej poważanych osób – strażnik porządku duchowego i strażnik porządku świeckiego, zastanawiają się czemu akurat podczas ich urzędowania doszło do tak dramatycznych wydarzeń. Dwa zabójstwa, śmierć przez zamarznięcie, błąkający się duch (którego zobaczyć może tylko Andrzej, człowiek z zewnątrz). Niemal symetryczny kadr, z butelką wina (choć nie jest to wino truskawkowe, które piją mieszkańcy Żłobisk) pośrodku, dwoma kieliszkami przy każdej postaci. Obydwaj mężczyźni rozpięli pod szyją swoje służbowe ubiory, z powodu upału. Zrównali się stojąc przed problemem, choć wcześniej nie darzyli się sympatią. Załamanie porządku pozwoliło na znalezienie wspólnego języka.

            Alkohol zmienia świadomość, przez co, w myśleniu tradycyjnym, związany jest z komunikacją z siłami nadprzyrodzonymi. Mieszkańcy wsi w Beskidzie Niskim piją tytułowe wino pasjami. Główny bohater dołącza do zastanego świata, akceptuje jego porządek dopiero w momencie wypicia trunku. Sytuacja ma miejsce po morderstwie dokonanym przez Kościejnego. Andrzej nie może sobie darować, że wyszedł na chwilę z knajpy, by popatrzeć za Lubicą odjeżdżającą z Edkiem w dal. Choć wcześniej wielokrotnie proponowano mu „jednego” lub raczej „jedną” (szklankę) pije dopiero teraz. Alkohol staje się dla wielu ucieczką od przeszłości, sposobem na życie, na zabicie upływającego czasu, który stara się wedrzeć do świadomości. W domu Lewandowskiego (gdzie mieszka Andrzej) wciąż słychać tykanie zegarów. Kiedy mężczyzna opowiada o swojej przeszłości dźwięk urządzeń odmierzających czas zdaje się wtórować jego opowieści. Także na plebanii słychać nieustanne tykanie zegara. Proboszcz zdaje się uciekać przed czasem do kościoła, gdzie „podobno […] człowiek się nie starzeje […]”.

            Przywrócenie stanu równowagi następuje podczas mszy sprawowanej w intencji Kościejnego. Jego duch postawił taki warunek, w zamian za poznanie zabójcy Lubicy. Scenę zrealizowano w sposób, który podkreśla nadzmysłowość i niematerialność Kościejnego. Mężczyzna stoi najpierw pierwszych rzędach śpiewając wspólnie z innymi Zdrowaś Maryja Boga Rodzico. Po przekazaniu Andrzejowi fragmentu welonu Lubicy, odwraca się w stronę otwartych drzwi. Kamera podąża za duchem filmując go od przodu w bliskim planie, powoli unosząc się do góry. Widzimy jednak, że kościół jest pusty, a Kościejny nie porusza ustami. Pomimo to wciąż rozbrzmiewa donośny głos mężczyzny i pozostałych osób zebranych na nabożeństwie. Kontrujęcie pokazuje patrzącego za odchodzącym Andrzeja, który po chwili z uśmiechem patrzy w stronę ołtarza, samego ducha już jednak nie widać. Twórcy, dzięki temu zabiegowi unaocznili metafizyczność, rozdzielenie dwóch różnych światów, a jednocześnie ich punkty styku.

             Kolejne ujęcie jest nietypowe, jeśli chodzi o całą konstrukcję filmu. Kamera umieszczona na kranie filmuje front kościoła. Najpierw z perspektywy ptasiej patrzymy w dół (identycznie jak przy ujęciach lotniczych), następnie powoli wznosimy się ku górze, by w końcu zobaczyć białe obłoki na błękitnym niebie. Temu wertykalnemu ruchowi towarzyszy kościelny śpiew, a z pośród głosów na plan pierwszy wybija się głos Kościejnego. Pionowy ruch kamery jest jak podążanie za jego niewidzialnym duchem, podążanie ku wiecznemu odpoczynkowi. Wcześniej w filmie pojawiają się ujęcia nieba, ale nigdy nie zaczynają się od charakterystycznej perspektywy, o której wcześniej pisałem. Perspektywy, w której objawia się transcendencja. Po cięciu widzimy rozkwitającą na komisariacie lilię, którą co jakiś czas podlewał Andrzej. Wcześniej przypominała zielony kikut wystający z ziemi, teraz kiedy rozkwitła komunikuje ostateczne przebaczenie win.

            Ostatnia scena jest ugruntowaniem powrotu do stanu harmonii, do odwiecznej cykliczności pór roku, odmierzanej przez odloty i powroty ptaków. Jednak przybysz z Warszawy wcale nie ma zamiaru opuszczać miejsca, w którym się zatrzymał, zupełnie wtopił się w zastany porządek. Co prawda odmawia przyjęcia butelki (jest przecież na służbie), a pomimo to widać, że jego relacja z mieszkańcami jest bardzo zażyła. W jednym z ostatnich ujęć Andrzej widzi ducha córki. W przeciwieństwie do poprzednich widzeń dziewczynka jest szczęśliwa. Harmonia nie została przywrócona tylko w miejscu, w którym bohater się zatrzymał, ale także w nim samym.

            Film Dariusza Jabłońskiego pobudza skojarzenia z dziełami Emira Kusturicy, a nawet Andrieja Tarkowskiego. Bezpośrednie porównania oczywiście nie mają sensu. Kunszt i wielopoziomowość znaczeń szczególnie tego drugiego są bezsprzecznie większe. Pomimo to symbolika, tradycyjne ludowe myślenie, odwieczny taniec życia i śmierci, witalności i wątłości znalazły w filmie swój język, który zbliża się do realizmu magicznego. Sensualność obrazu wsi, sposób portretowania jej mieszkańców, poetycki język sprawiają, że obraz Jabłońskiego naddaje znaczenia treściom, które moglibyśmy przyjąć za jednowymiarowe odwzorowanie rzeczywistości. Nie wszystko jest takie jakim wydaje się być. Kościejny zwraca się do Jezusa na przydrożnym krzyżu: „Ty sobie wisisz, a my tutaj wszystko musimy na swój rozum brać”.

 ************

Paweł Kamiński

Wyjść z cienia przeszłości…

Jazz, swing i stary czerwony Bentley – symbole kultury Zachodu na szarych ulicach peerelowskiego Ciechocinka. Do tego „kolektyw” wyśmienitych aktorów. Oto Excentrycy Janusza Majewskiego – jedna z lepszych komedii muzycznych ostatnich lat.

Reżyser do tytułu książki Włodzimierza Kowalewskiego Excentrycy, według której powstał scenariusz filmu, dodał słowa: „czyli po słonecznej stronie ulicy”, nawiązując tym samym do swojej młodzieńczej fascynacji jazzem i jazzowym szlagierem On the Sunny Side of the Street. Ekranizacja ta jest zatem przejawem nostalgicznego nastawienia reżysera do jazzu, a także do czasów, w których rozgrywają się wydarzenia. Tytułowy utwór staje się wręcz light motivem najnowszego obrazu Majewskiego, powracając w czasie seansu kilkukrotnie.

Akcja filmu toczy się w 57. roku, kiedy to do Polski wraca z emigracji puzonista jazzowy Fabian (Maciej Stuhr), osiedlając się w Ciechocinku, gdzie mieszka jego siostra Wanda (Sonia Bohosiewicz). Mężczyzna marzy o założeniu własnego big bandu, czego dokonuje przy wsparciu okolicznych muzyków amatorów. Z czasem zainteresowanie grupą wzrasta, a do zespołu dołącza piękna nauczycielka angielskiego – Modesta (Natalia Rybicka). Przystojny przybysz z zagranicy i femme fatale w osobie nauczycielki, to barwne ptaki, które jeżdżąc na przejażdżki pięknym Bentleyem oraz „podbijając” kolejne i serca, i miejsca w okolicy, stają się ambasadorami kultury Zachodu, w szarym zakątku polskiej rzeczywistości.

W historię Majewskiego jesteśmy w stanie uwierzyć, gdyż nie jest odosobniony w swej wizji rzeczywistości tamtych czasów. Należy wspomnieć Leopolda Tyrmanda, znanego z niekonwencjonalnego stylu życia, ekscentrycznych ubiorów, w szczególności jego słynnych kolorowych skarpetek, a jednocześnie popularyzatora i lidera powstającego w tamtych czasach ruchu jazzowego w Polsce.

Intrygująca jest postać Modesty, zdająca się być nie z tej bajki, niczym „motyl” z Zachodu zestawiony z socrealistycznymi robotnikami przez Wojciecha Fangora na obrazie Postaci z 1950 roku. Postać wykreowana przez Rybicką jest sztuczna, począwszy od imienia (od modest – po angielsku „skromny”), oznaczającego coś co stoi w sprzeczności do jej zachowania i tego kim jest, aż po stroje, które przywdziewa. Inność nauczycielki i kreowanego przez nią świata tłumaczą sceny „rozsiane” po filmie, niczym kawałeczki tworzące po zebraniu jedną spójną całość. W jednej z nich w trójmiejskim hotelu Fabian dostrzega na schodach czarującą Modestę. Dopiero później, podczas balu sylwestrowego, mężczyzna mówi, że chciał aby życie wyglądało jak hollywoodzki film. Informacja ta dekoduje scenę hotelową, w której kobieta przedstawiona jest na schodach niczym gwiazdy amerykańskiego kina klasycznego (Vivien Leigh w Przeminęło z wiatrem i Tramwaju zwanym pożądaniem, Rita Hayworth w Gildzie czy Gloria Swanson w Bulwarze Zachodzącego Słońca). Ostatecznie w końcowej części filmu rozumiemy ową nierzeczywistość wykreowanego przez nią świata.

Mimo umieszczenia akcji u schyłku lat 50. minionego wieku, nie czujemy przygniatającej atmosfery PRL znanej z innych polskich filmów takich jak: Człowiek z marmuru Andrzeja Wajdy, Matka Królów Janusza Zaorskiego, Przesłuchanie Ryszarda Bugajskiego czy Niedzielne igraszki Roberta Glińskiego. Reżyser pozwala widzowi wypełnić wątek „trudnej historii” własnymi przeżyciami z tamtych lat (w przypadku starszych widzów), czy też wiedzą zaczerpniętą z historycznych podręczników (w przypadku młodszej części widowni). W ten sposób Majewski odnajduje słoneczną stronę szpetnej rzeczywistości, wskazując na jazz jako jedno z „lekarstw” pomagających ludziom względnie normalnie żyć w tamtych nienormalnych czasach. Robi to dosłownie rysując postać Wandy, której dolegliwości znikają po kilku występach z zespołem.

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy to nie tylko film muzyczny, jakiego dawno w polskim kinie nie było, ale także komedia z doborową grupą aktorów. Maciej Stuhr grający główną rolę doskonale wykorzystuje swój urok, wdzięk i elegancję, a także zabawny humor znany widzowi z jego występów kabaretowych. Na uwagę zasługują role Natalii Rybickiej i Sonii Bohosiewicz, których popisy wokalne możemy usłyszeć po wielomiesięcznych przygotowaniach do filmu, dzięki czemu poziom wykonania zadowoli najbardziej wymagającego melomana jazzowego. Tło tego jakże barwnego tercetu stanowią grający muzyków bandu: Wiktor Zborowski (jako milicjant Stypa) i Wojciech Pszoniak w roli Felicjana Zuppe, stroiciela fortepianów, który w każdym mężczyźnie, a w szczególności pisarzach, widzi homoseksualistę. Zaskoczeniem może być rola Anny Dymnej wcielającej się w postać starej Bayerowej – postać nieomal tragiczną w swej komiczności. Dymna wraca na duży ekran w roli, której nikt by się nie spodziewał (sama aktorka kwituje tę metamorfozę słowami: „Od królowej do babci klozetowej”). Grając w Excentrykach upadłą reprezentantkę burżuazji, której PRL zabrał wszystko, niewychodzącą z łóżka, klnącą pomiędzy kolejnym łykiem whisky a przypaleniem następnego papierosa – w drugiej części filmu staje się bowiem przekomiczną babcią klozetową właśnie.

Excentrycy… to film, którego melodia rozbrzmiewa w głowie widza długo po zakończonym seansie. Obraz Majewskiego pozbawiony jest spektakularnych wybuchów, psychologicznych zagwozdek i zwrotów akcji. Co mimo wszystko pozwala mu rozkochać w sobie widza. Dobrze napisane dialogi, wywarzony humor i odbrązowienie trudnego okresu w historii naszego kraju powoduje, że Excentrycy… stają ramię w ramię z Rewersem, z jednej strony nie każące traktować siebie serio, a z drugiej próbujące skłonić do refleksji nad przeszłością Polski. W każdym razie są to portret „słonecznej strony” naszego kraju, czego w polskim kinie wciąż mało.

********************************************************************************************

Joanna Bielska-Krawczyk

PIĘKNY CZŁOWIEK

(ot takie sobie opowiadanko… a właściwie powiastka filozoficzna, w duchu jakby anty-wolteriańskim do pewnego stoponia, jak się dobrze zastanowić )

Dawno dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma morzami żył sobie bardzo przystojny

młodzieniec. Od czasu do czasu zaglądał w lustro i cieszył się, bo widział, że to, co się w nim odbijało, było piękne. Był energiczny i obdarzony wieloma talentami, z których każdy chciał dobrze spożytkować. Żył więc niezwykle dynamicznie, realizował swoje marzenia, robił tysiąc rzeczy na raz. Wyznaczał sobie cele i czuł się prawie szczęśliwy. Prawie, ponieważ zachował nawyk zaglądania do lustra i to, co w nim widział, a co na początku budziło taką jego radość, zaczynało się powoli jakby zamazywać. Wyraziste i delikatne niegdyś rysy twarzy zacierały się, ginęły w pęczniejącym ciele, aż któregoś dnia, gdy zrealizował już ogromną ilość swoich zachcianek i można rzec, że powinien być człowiekiem spełnionym, w ogóle swojej twarzy w lustrze nie odnalazł. W szklanej tafli odbijała się regularna mięsista kuleczka bez oczu, ust, bez żadnego wyrazu. Przerażony wybiegł z domu. Pędząc przed siebie pod wpływem szoku, wpadł pod koła nadjeżdżającego pojazdu i… tak trafił przed oblicze Najwyższego.

– Panie – wykrzyknął – Co się stało z moją twarzą?!!!

Bóg na to:

– Dążyłeś do samorealizacji, do spełnienia siebie i… osiągnąłeś ziemską pełnię. Wyrazem pełni jest regularna kula. Stało się więc zgodnie z Twoją wolą.

Słowa te wypowiedziane zostały z prawie znudzoną obojętnością.

– Ależ Panie nigdy nie myślałem, że będę tak szpetnie wyglądał, gdy już się spełnię; że ceną za to będzie utrata mojej ślicznej twarzy.

 

Chłopak był tak szczerze zdziwiony i tak głęboko poruszony, że Stwórca spojrzał na niego uważniej i, chciał nie chciał, musiał dostrzec w nim, mające poczucie krzywdy i rozczarowane, dziecko. A to całkowicie rozmiękczyło jego serce (zawsze rozmiękczało) i wyprowadziło ze stanu obojętności.

– Niestety taka właśnie jest za to cena – rozpoczął poważnie, spuszczając jakby w zawstydzeniu wzrok, po to, by za chwilę dorzucić już w zupełnie innym tonie – Nigdy nie zauważyłeś, że gęby tych, którzy są pazerni, przypominają tyłek pawiana? – zachichotał z łobuzerską miną, i po chwili dodał znowu poważniejąc – Ludzka twarz rysowana jest niespełnieniami. Im mniej niespełnień, tym mniej twarzy.

– Nie-speł-nie-niami???!

 

Wydukał zmarły z prawdziwym zdumieniem, zaskoczony i zastosowanym przez Boga doborem słów – jak mu się wydawało nie licującym z powagą majestatu – i zachowaniami Stwórcy, i szokującą zmiennością Jego nastrojów. Inaczej, zupełnie inaczej wyobrażał sobie wcześniej Najwyższego. Jego myśl więc jak zziajany psiak za rzucanym patykiem biegała od odkrywanej właśnie prawdy o Bogu, do prawdy o życiu. Jeszcze bardziej bowiem szokująca wydała mu się sama diagnoza sytuacji człowieka, którą przed sekundą usłyszał.

– Wyobraź sobie, że tak. – potwierdził Pan – Właśnie w niespełnieniu jest prawda i smutek egzystencji. Smutek rzeźbi rysy twarzy. Niespełnienie każe też tęsknić, a tęsknota pogłębia wyraz oczu. I tak właśnie powstaje ludzka twarz – jej piękno jest wyrazem… niewystarczalności.

– Ależ Panie… gwarantuję Ci, że chociaż posiadłem tyle, jednak ciągle odczuwam niedosyt. Nadal dobra, które mam, nie wystarczają mi… Naprawdę. A jednak twarz zniknęła.

 

– Ta niewystarczalność, o której mówisz jest zwykłą zachłannością. Niewystarczalność, o której ja mówię, jest… świadomością, że nic nie wystarczy; jest oświeceniem – echem innego świata, tęsknotą za doskonałością – tu obniżył głos i zakończył niemal niedosłyszalnie – z której pochodzisz.

Mężczyzna jednak uchwycił sens zdania i skoncentrował się tym mocniej na słowach wyszeptanych, im ciszej zostały wypowiedziane.

– A skądże ja pochodzę? – zapytał z zaciekawieniem.

Bóg nie odpowiedział na to pytanie. Spojrzał w bok. Jakby udając, że go nie usłyszał, kontynuował rozpoczętą wcześniej myśl:

– Twoja twarz zniknęła, ponieważ nigdy nie przyszło Ci do głowy, że chociażbyś posiadł rozmaitych dóbr dwakroć więcej, i tak nie wystarczą. A właściwie im więcej będziesz ich miał, tym mniej będzie prawdziwego Ciebie. A Ty jak oszalały goniłeś za kolekcjonowaniem rzeczy, kompetencji, sposobności, wrażeń… Zawsze się nimi napełniałeś aż do spuchnięcia i żyłeś naiwną nadzieją, że Cię… wypełnią. No, to Cię wypełniły… Jak balon… – Bóg klepnął się w nogę i roześmiał w głos, zadowolony z konceptu. Wyglądał teraz prawie rubasznie, jak św. Mikołaj z filmów dla dzieci. Śmiał się jeszcze serdecznie przez dłuższą chwilę. Wreszcie wziął głębszy oddech i już zupełnie poważnie dodał:

– Nigdy nie zauważyłeś, że jest to droga do nikąd. I nigdy nie zagościła w Tobie w związku z tym nostalgia za czymś… czego nie można posiąść i czego świat nie może dać.

 

– A czegóż to świat nie może dać? – spytał młodzian prawie ironicznie.

– Oj, to byłaby bardzo długa opowieść – zaśmiał się Bóg. Podrapał się po głowie i dorzucił – No, ale zacznijmy od czegoś prostego… Świat nie może dać chociażby tego, co Ty możesz dać z siebie światu. Tylko Ty to masz i tylko Ty możesz to oddać.

– Ale czyż działając w oparciu o moje talenty nie dawałem mu czegoś z siebie? – powiedział chłopak pewien swych racji i prawie z oburzeniem.

 

– Oczywiście, że dawałeś… oczywiście… – odrzekł Pan, jakby z lekkim roztargnieniem.

– No więc…?! – rzucił młodzian zaczepnym tonem.

– Problem w tym – odpowiedział Bóg, jakby wracając z zaświatów – że dając to, po dwakroć więcej brałeś. Nigdy nie dałeś tak, żebyś mógł na tym stracić. Nigdy z niczego nie zrezygnowałeś dla nikogo.

– To powinienem był rezygnować? Ale dlaczego? Jaki w tym sens? Po co dałeś mi te wszystkie talenty? Tylko po to, żebym ich nie spożytkował?

– Ależ skąd. Talenty zostały Ci dane po to, żebyś je rozwinął i dzięki nim był szczęśliwy, a także za ich sprawą mógł służyć innym. W tym względzie postępowałeś słusznie.

– Co zatem zrobiłem źle, do diabła?! – wykrzyknął młodzian ze złością i, zauważając niestosowność ostatniego słowa, dorzucił nieco pokorniej – Przepraszam.

 

Bóg uśmiechnął się wyrozumiale, machając ręką, jakby chciał powiedzieć: „Aaa, mało to ja się tego nasłuchałem?”

– Powtarzam. Nie umiałeś zrezygnować z siebie. Nie umiałeś żadnego swojego marzenia poświęcić dla innych. Nie dostrzegłeś, że jest w świecie coś większego od marzeń.

– A cóż to takiego? – chłopak spytał, tym razem prawdziwie zaintrygowany.

 

– Zdolność zrezygnowania z nich – odpowiedział Bóg, patrząc ze smutkiem na człowieka.

-???

– W tej zdolności kryje się prawdziwie ludzkie piękno. Każdy człowiek marzy i każdy chce swoje marzenia spełnić. To naturalny instynkt – to wyłącznie naturalny… i wyłącznie instynkt. Coś tak powszechnego, że w tej powszechności niezwykle przeciętnego. Najbardziej bowiem naturalna jest właśnie przeciętność. Zdolność do poświęcenia swoich marzeń dla kogoś zaś jest… nienaturalna i w związku z tym nieprzeciętna. Jest nadnaturalna. Jest ze mnie. Tak jak ze mnie była dana Ci u początku Twojej drogi Twoja piękna twarz. Zaplanowałem Cię jako piękną istotę – powiedział, ponownie zamyślając się.

 

– A ja to piękno straciłem, bo nie rozumiałem jak o nie dbać – wyszeptał młodzieniec ze smutkiem opuszczając głowę.

Zapadła cisza. Bóg zdawał się myślami nieobecny. Mężczyzna zaś gwałtownie zgarbił się pod ciężarem, który nagle spadł na jego ramiona. Wyglądało jakby pień drzewa, pod którym siedzieli i które pochylało się jak wierzba nad nimi, nagle runął mu na plecy. Chłopak wydawał się teraz postarzały pod brzemieniem przytłaczającej go świadomości, bo przecież nic tak nie przygnębia jak świadomość, że sami sobie jesteśmy winni. Spoglądał na swoje stopy – na wytartą skórę butów i przydeptane przez nie źdźbła traw. Nie mógł od nich oderwać oczu, jak nie mógł oderwać myśli od powracającego jak echo słowa: „straciłem”, „straciłem”, straciłem”.

-Taaak – odezwał się Bóg po chwili milczenia – Nie odkryłeś w porę, co jest źródłem prawdziwie ludzkiego piękna.

 

– A co jest jego źródłem? – spytał mężczyzna ponownie się ożywiając.

– To, co jest większe od Ciebie i co każe Ci siebie przekraczać w sposób bezinteresowny. Bezinteresowność czyni Was pięknymi. Najmniejsza drobina interesu szpeci wizerunek.

– Czyli… – chłopak odezwał się, przekrzywiając głowę, jakby czegoś wypatrywał w górze – jeśli dobrze rozumiem, powinienem odkryć siebie, wszystkie swoje mocne strony i marzenia, i talenty, i pragnienia, a potem… rozejrzeć się wokół siebie i pomyśleć komu mogą służyć i rozwijać je o tyle, o ile mogą służyć. Nie dla samego siebie, lecz wyłącznie dla innych. Czy tak?

 

– Nieźle – powiedział Bóg, patrząc na niego z radością – Niezupełnie tak, ale blisko… Taaak, służenie jest rzeczą dobrą. To część piękna, o którym mówię, ale to tylko część. Życie wyłącznie dla innych? Hmmm… To byłby prawie boski ideał. Do tego jednak ludzie na ogół nie są zdolni w pełni. Aż tyle od Was nie wymagam. Chcę jedynie byście wiedzieli, że są rzeczy ważniejsze i gdy takie rzeczy staną przed Wami, potrafili zrezygnować z tego, czego chcecie. Nie zrezygnować z wszystkiego i zawsze, ale… gdy zabije dzwon. Rozumiesz?

Spojrzał na młodzieńca, ale widząc jego zagubienie i skurczoną nagle sylwetkę pożałował, że ujawnił przed nim ten sekret istnienia i chcąc go pocieszyć dorzucił z uśmiechem:

– Niech Cię to jednak nie przeraża. Na co dzień nie jestem aż tak wymagający – tu puścił oko do rozmówcy. Zauważywszy jednak, że ten wpatruje się w niego z łakomą uwagą, zmienił nagle ton głosu i ciągnął jak śpiewak linię melodyczną ku wysokiemu C, coraz bardziej podekscytowany własnymi słowami – Ja przecież przede wszystkim chcę, żebyście cieszyli się życiem, odnajdywali swoje miejsca szczęśliwe, byli sobą, coraz bardziej sobą, rozkwitając jak najpiękniejsze kwiaty, które wymyśliłem w Amazonii… – tu zauważył, że chyba zapędza się zanadto i zbyt egzaltowanie – Hmmm…. tak… chciałem… – przez chwilę jakby pogubił się w swoich myślach i lekko zawstydził z powodu tego uniesienia. Zakończył już więc spokojniej, przyjmując profesorski ton – Bez tego zresztą nie bylibyście w stanie dobrze służyć. Poza tym przecież sensem istnienia danej rzeczy jest realizowanie w świecie jej potencjału.

 

– No właśnie! – wykrzyknął chłopak – Tak zawsze myślałem! Ale w takim razie znowu nie rozumiem, co zrobiłem nie tak?! – powiedział jak ktoś, kto utraciwszy grunt pod nogami, czuje, że znowu trafia stopą na dobrze sobie znaną ścieżkę. Jego pytanie było rodzajem odnalezienia się w zaproponowanym przez rozmówcę sposobie myślenia.

Bóg nie tracił cierpliwości.

– Nie dostrzegłeś jednego maleńkiego acz podstawowego elementu, który jest istotną częścią potencjału istoty ludzkiej – powiedział.

– Jakiego? Jakiego niby nie dostrzegłem elementu? – zapytał z błyskiem w oku.

– Zdolności do samo poświęcenia.

Młodzieniec skrzywił się.

 

– Pod wpływem Twoich słów zaczyna mi się w głowie tworzyć obraz człowieka jako dobrowolnej ofiary.

– Niezły trop… – Bóg się uśmiechnął i dodał z ożywieniem – Lew jest doskonały, gdy ryczy i rozszarpuje gazelę; drzewo, gdy jego korona rozpiera się wśród gęstwiny, sięgając zielonymi liśćmi po słońce. Człowiek jest wielki, gdy dobrowolnie potrafi oddać innym to, po co z łatwością mógłby sam sięgnąć. Widzisz… Wy macie tak wielkie możliwości, tak wielkie…, że prawdziwą wielkością na tle tej przyrodzonej wielkości jest umiejętność… zrezygnowania z nich. Wasza wielkość kryje się w zdolności do umniejszenia siebie i rezygnacji ze swoich potrzeb.

Zapanowała cisza.

 

Młodzieniec nie zadał już żadnego więcej pytania. Spojrzał na Boga, który wyglądał teraz jakby był nieuchwytny i przezroczysty niczym powietrze, a jednocześnie konkretny i namacalny jak kamień. Był tu na wyciągnięcie ręki, a jednak zdawał się być też jak farbka rozpuszczająca się w wodzie i zabarwiająca ją sobą. Niczym zapach, rozchodzący się dookoła, przenikał wszystko. Po prostu wyraźnie ogarniał wszystko, a tym samym pozostawał nie do ogarnięcia, jak nie sposób jest ogarnąć całości istnienia. Wyglądał jak dobrotliwy staruszek i przez to wydawał się niezwykle ludzki, ale też miał coś w sobie budzącego respekt, coś posągowego i monumentalnego jak masyw górski. Budził serdeczność swoją dziecinną niemal prostolinijnością i intrygował jak tajemnica szczytów niknących we mgle.

Chłopak westchnął. W jego duszy wybrzmiewały ostanie słowa wypowiedziane przed chwilą przez Boga, a wybrzmiewając zdawały się, niczym piękna muzyka, kreować rzeczywistość. Westchnął. Nie było to jednak westchnienie żalu, że nie udało mu się dorwać za życia jeszcze tego jednego skarbu, tej jednej dodatkowej błyskotki, której nie zauważył, a którą Pan przedstawił jako tę najwyższą wartość człowieczeństwa. Westchnął, bo poczuł po raz pierwszy coś niewyrażalnego, czego nigdy wcześniej nie czuł i czego nawet nie potrafił zwerbalizować. Poczuł jakby ktoś odwinął bandaże zasłaniające dotychczas jego oczy. I w swojej duszy zobaczył z całą wyrazistością to piękno, które opisywał przed nim Bóg. Patrzył w ten obraz i wiedział, że był dobry.

Po raz pierwszy też, przyglądając się światu z wysokości, na której bytuje Bóg, zobaczył go zupełnie inaczej, niż patrzył nań za swojego życia. Interesował się teraz nie wyłącznie sobą, lecz właśnie tymi ludźmi, których kiedyś minął na swej drodze, a którzy wtedy byli dla niego niemal niezauważalni lub wydawali mu się mierni i niedoskonali, bo nie osiągnęli żadnych sukcesów. Zobaczył wreszcie, że za brakiem sukcesów tych ludzi nie stał w ich przypadku brak talentów, ale były one wynikiem trudnych, lecz słusznych wyborów. Zobaczył też, że to właśnie sukcesy są czymś przeciętnym, a ich brak czasem, w odpowiednim kontekście – gdy jest wynikiem nie nieudolności, lecz poświęcenia – jest prawdziwą wielkością. Ludzie ci byli więc bliscy owego ideału, który opisał Pan. I ten ich ideał świecił tym intensywniej, im on sam – tak kiedyś dla samego siebie doskonały – był od niego bardziej oddalony. Bolało go strasznie, że był tak od niego oddalony, ale ku swojemu własnemu zaskoczeniu pomyślał: „Niechże tak będzie. Niech już do końca i nawet poza koniec będę szpetnym tłem dla ich piękna, by oni mogli wydawać się tym bardziej zachwycający”. Jakoś nie chciał już nikomu niczego zabrać, ani zdobyć w świecie, lecz pragnął cieszyć się tym, że inni coś posiadają. Widział otaczających go ludzi jak są godni podziwu. Bolało go do nieprzytomności, że sam jest szpetny, ale płakał ze szczęścia, że dostrzegł wreszcie ich piękno; że prawdziwe piękno ma taki właśnie charakter, jaki ma; że ci, którzy je uosabiali, byli tak niezwykli i że taka niezwykłość w ogóle istnieje.

Po jego okrągłej głowie zaczęły spływać łzy. Płynęły coraz mocniej jak rzeki żłobiące koryta. Kula wieńcząca jego ciało zaczęła się marszczyć i różnicować. Wyłaniały się z niej powoli opuchnięte powieki i usta. Gdy otworzył oczy, świecił w nich boleśnie blask odległej gwiazdy, której nie można zobaczyć przez żaden teleskop…

*********************************************************************************************

Alicja Grajek

Człowiek z lekko uniesionymi rękoma

 

Przy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, a właściwie przy Wydziale Filologicznym UMK powstała w tym roku nowa fundacja. Złożona z wykładowców i studentów, postawiła sobie za cel szerzenie kultury.

 

Pionowy Wymiar Kultury (PWK) to fundacja powstała z inicjatywy pracowników naukowych naszego uniwersytetu, której głównym celem jest niesienie pomocy młodym ludziom  w ich rozwoju duchowym. Trzon fundacji stanowi grono doktorów: dr Joanna Bielska-Krawczyk, dr Mirosław Krawczyk, dr Ewa Dryglas-Komorowska, dr Małgorzata Lisecka oraz dr Anna Żurawska. Zapytana o powód założenia fundacji dr Bielska-Krawczyk stwierdziła: Mierzi mnie to, że wytracamy energię na szukanie kozłów ofiarnych, jakiejś grupy, która w naszych oczach ponosi całą odpowiedzialność za nieudany świat. To stary mechanizm. I w gruncie rzeczy niezwykle wygodny, bo zwalniający nas z odpowiedzialności za życie i otoczenie. Stąd od dłuższego czasu żywię przekonanie, że zamiast rozgoryczać się zepsuciem polityków, powinniśmy starać się skrzykiwać do jakichś prac czy akcji, które w tym zakresie, w jakim posiadamy pewne kompetencje, pozwolą nam na pozytywne działania na rzecz pewnej społeczności.

Hasło „pionowy wymiar kultury” ma za zadanie przypominać, że to właśnie kultura jest czymś, co ciągnie człowieka w górę. Wyprowadza go ze stanu na poły zwierzęcego bytowania, ze stanu egoizmu i przymkniętych oczu. Również logo fundacji zawiera w sobie głębsze przesłanie. Autorką pomysłu była dr Bielska-Krawczyk, a wykonawcą zaprzyjaźniony artysta: – Człowiek z rozpostartymi rękoma jest oczywiście analogiczny do słynnego modelu witruwiańskiego, jaki znamy z rysunku Leonarda da Vinci. Ten mój pomysł jest nawiązaniem do idei pełni człowieczeństwa obecnej w tamtym obrazie, a jednocześnie stanowi jakąś formę polemiki z nim. Poprzez różnice formalne zwraca uwagę na fakt, że owa pełnia bazuje nie tyle na racjonalnej równowadze, co na irracjonalnym wychyleniu człowieka ku ideałom, które symbolizowane tu są przez wznoszące się w górę ręce. Logo zawiera również takie elementy jak łuk gotycki, nawiązujący do miejsca powstania fundacji – Torunia oraz związanego z nim hasła „gotyk na dotyk”. Gotycki łuk jest także formą podkreślenia owej pionowości kultury. Także układ rąk, uniesionych ku górze, oddaje tę myśl. Kolory (błękit i zieleń), które wzbudzają skojarzenia z nadzieją oraz życiem, mają w zamyśle autorki łączyć się z wymiarem duchowym.

Obecnie trwają już prace nad pierwszymi akcjami fundacji. Studenci zaangażowani w jej tworzenie, chcą przekonać również innych, że warto zainteresować się kulturą. – Już na pierwszym spotkaniu pojawiła się masa pomysłów na szerzenie kultury: murale, bookcrosing, listy, kodeks kulturalnego kulturoznawcy, konferencja (Homo Spiritualis…), debata („Homo religiosus – gatunek na wymarciu?”), spotkania z gośćmi także zagranicznymi – wspomina Monika Liana, studentka Kulturoznawstwa. – Aktualnie zajmujemy się przygotowaniem akcji szerzącej kulturę osobistą. Planujemy przygotować przypinki oraz opaski z hasłami, które będą przypominać o tym, że savoir vivre, nadal obowiązuje w dzisiejszych czasach.

Fundacja nie jest nastawiona na nawracanie mas i docieranie do tysięcy odbiorców. Takie działania jej założyciele uważają za sprzeczne z ich ideą. – Chciałam stworzyć coś, chociażby w małej skali, dotyczącego bezpośrednio moich studentów, co miałoby szansę „uratować” ich sposób myślenia o sobie i świecie, a także o sobie w świecie . Chociażby dotyczyło to tylko tej małej grupki młodych ludzi, moim zdaniem warto. – mówi dr Bielska-Krawczyk. – Zdaję sobie z tego sprawę, że zasadniczo rzecz biorąc idę mocno pod prąd, ale… nie można siedzieć z założonymi rękoma. Jeśli się nie uda, to chcę móc uczciwie powiedzieć: „Przynajmniej próbowałam”.

Bez medialnego szumu, ogłoszeń i facebook’owego pędu. Fundacja zaprasza w swoje szeregi wszystkich tych, którzy odczuwają potrzebę spotkania z kulturą. Nie tą spotykaną na co dzień, w telewizji, radiu, czy Internecie , ale w jej najczystszym wydaniu – Kulturą pisaną przez duże K., a jednocześnie stanowiącą istotną część życia konkretnych ludzi. I chociaż założyciele stronią od nadmiernej gloryfikacji nowych mediów, przestrzegają przed uzależnieniem od nich, zachęcają jednocześnie do umiejętnego posługiwania się nimi i w związku z tym zapraszają m.in. na, właśnie powstającą stronę internetową fundacji: http://www.pwk.org.pl/ . Znajdziecie tam nie tylko informacje o jej aktualnych działaniach, ale również teksty kultury, które być może zainspirują Was do przemyśleń.